Andrzej Wilczkowski Publicystyką zajmuję się od dawna. Ostatnio jednak trudno się przedrzeć z publikacją. Istnieje pewnego rodzaju canzura. Redakcje albo w ogóle nie odpowiadają na propozycje, albo każą czekać w kolejce, albo skracają tekst w miejscach dość istotnych.
| << | Maj 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | | | |
Księga gości
| Statystyki |
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
26061
|
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
279
|
|
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
39
|
|
|
|
|
Kazik
czwartek, 15 marzec 2012, 13:28
|
Mój Boże iluż ja w życiu poznałem ludzi, którzy wręcz powinni mieć jakieś hasła w encyklopedii, czy wspomnienia, a się jakoś o nich nie pamięta. Taką postacią jest właśnie Kazik Gromski. Kazik był ode mnie znaczne – bo o jedenaście lat – starszy. Przeszłość miał bogatą. Był jednym z pierwszych więźniów Oświęcimia. Niemcy wygarnęli go w Warszawie podczas pierwszej łapanki ulicznej latem 1940 roku. Wykupiony został przez rodzinę za duże pieniądze. Nie ustatkował się jednak, bo w okupacyjnej Warszawie nie było jak się ustatkować, jeszcze, kiedy się dysponowało charakterem Kazika. Ponieważ prawo jazdy miał już przed wojną i jeździł świetnie, został więc kierowcą u hrabiego Rzewuskiego. Był również – a może przede wszystkim – wraz z samochodem hrabiego używany w konspiracji, oczywiście AKowskiej, jako kierowca do obsługi akcji. Wojna wojną, ale bawili się też nieźle. Opowiadał mi niegdyś, jak to na imieniny jego kuzynki Krystyny, które odbywały się jak zwykle 13 marca – tyle, że w 43 roku w willi na Żoliborzu przyszła do salonu stara niania i poskarżyła się solenizantce. „Panienko! Panicze się popili, wyszli na dach i strzelają.”
O czasach okupacji opowiadał mi sporo, ale zawsze w tonie tak żartobliwym, że nie ośmielę się tego przytaczać
Po wojnie Kazik też miał kłopoty. UB go aresztowało w 1947 roku i przesiedział z górą 8 lat! Na początku naszej znajomości bożył się, że w żadnych akcjach podziemia udziału nie brał. Kiedyś jednak, kiedy popijaliśmy kawkę w klubie na politechnice, przyjrzał się jednemu z adiunktów i powiedział:
– Henio zaraz po wojnie pracował w banku w Pabianicach. Jak podziemie zrobiło skok na ten bank, to się położył na schodach twarzą do ściany i tak leżał do końca”.
– Skąd wiesz?
– Koledzy mi powiedzieli – zaśmiał się Kazik.
Dopiero po wielu latach znajomości dowiedziałem się od niego, że zarabiał na to aresztowanie już od 1945 roku, biorąc również udział w kilku innych akcjach.
Kazik miał umysł nieprawdopodobny. W brydża grywał sportowo, w szachy nie wygrałem z nim bodaj ani jednej partii, nawet w najlepszych moich czasach, kiedy byłem lepszy od Rosjan na Spitsbergenie. Układał też półsłówka w tak zwanej „grze półsłówek”. Inżynierem był świetnym. Pod koniec lat 50 i na początku 60 pracowaliśmy razem w biurze konstrukcyjnym fabryki samochodów ciężarowych i wtedy też zaczął uprawiać taternictwo. Wspinał się dobrze, ale już na wielkiego alpinistę był raczej trochę za stary. Szkolił za to dużo i dobrze. Topografię Tatr znał świetnie. Miał fenomenalną pamięć w związku z czym nie sprawiało mu to żadnych trudności. Był melomanem, kochał muzykę poważną, sam grywał na fortepianie ze słuchu – bo miał absolutny. Chętnie przygrywał na różnych jublach, jeśli oczywiście był instrument. Do tego wszystkiego miał jeszcze duże powodzenie u pań. – Cóż można chcieć więcej!
Kazik zmarł jesienią 1992 roku.
Od kilku dni, a właściwie od święta żołnierzy wyklętych zaczął „za mną chodzić”.
Nic w tym dziwnego. W ramach mojej działalności w Komitecie ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa udałem się wraz z grupą kombatantów1997 roku na wizję lokalną do Pabianic gdzie 11 czerwca 1945 roku Ruch Oporu Armii Krajowej (ROAK) zorganizował odbicie więźniów przetrzymywanych w śledztwie w budynku UB przy ulicy Gdańskiej. Ciężar zadania spadł na grupę dywersyjną z Łodzi, której dowódcą był Włodzimierz Szuster – ps. Gajda. Siłę bojową stanowił oddział leśny Aleksandra Arkuszyńskiego – „Maja”. Majowcy dysponowali ciężarówką, ale żeby wykonać zadanie niezbędny był wojskowy „łazik”. Akcja się udała znakomicie, więźniów uwolniono, nie padł ani jeden strzał. Piękna robota.
W 52 lata później chodziliśmy, oglądaliśmy, gdzie tu najlepiej będzie umieścić tablicę pamiątkową. Jedni uważają, że tu, inni chcą gdzie indziej. Nie ma zgody jak to w Polsce.
– Zaraz – powiadam – to chyba pod te drzwi podjechał Kazik łazikiem...
Zaczęto mi się przyglądać bacznie.
– Potem – ciągnąłem – Kazik zgasił silnik, chociaż było polecenie, żeby tego nie robił ale on miał bardzo mało paliwa i bał się, że mu zabraknie. I jak już było po wszystkim, to nie mógł zapalić. Trzeba go było popchać.
– To pan z nami był? – zapytał nieufnie jeden z uczestników zdarzeń sprzed pół wieku.
– Nie – powiedziałem ze smutkiem. – Ja ich tylko dobrze znałem. Kazik Gromski to mój przyjaciel, z bratem Maćka Rogowskiego Bohdanem studiowałem i chodziłem po górach, a i Włodek Szuster nie jest mi obcy. Irenka Gromska, – córka Kazia – którą znam od podlotka, wyszła za jego syna.
W ten sposób moje sugestie dotyczące miejsca umieszczenia tablicy zyskały od razu większą aprobatę.
Z tym łazikiem Kazik od początku miał kłopoty. Może warto je opisać bowiem nawet w najbardziej realistycznych filmach z tamtych czasów nic podobnego nie pokażą. A i James Bond nie miał takich przygód.
Punkt zborny uczestników wyznaczony był pod Dłutowem – na południe od Pabianic. Niemniej Szuster i jego dwaj towarzysze celem zdobycia samochodu, zasadzili się na szosie z Łodzi do Warszawy – pod Głownem. Tam chyba była największa szansa. Wszyscy byli w mundurach polskich z wyjątkiem Włodka, przebranego za kapitana NKWD. Szosy wtedy były puste ale doczekali się na odpowiadającego im łazika, którym jechał kapitan milicji, dwie panie i kierowca. Ponieważ kierowca nie miał ochoty stanąć – wyciągnęli broń. To poskutkowało. Towarzystwo z łazika zostawili na drodze i odjechali w stronę Warszawy. Zaraz jednak skręcili w prawo na Dmosin, a następnie postanowili okrążyć Łódź od zachodu. Najpierw złapali gumę, na szczęście już nie na szosie warszawskiej. Koło zapasowe było, odpowiedni klucz również. Pomiędzy Zgierzem a Konstantynowem zabrakło im paliwa. Tu już było gorzej. Zatrzymali przygodny samochód i kazali się holować na posterunek milicji w Konstantynowie, gdzie paliwa nie mieli. W całym miasteczku nie było stacji benzynowej i żadnej nadziei na jakiś przygodny zakup. Telefon na posterunku był zepsuty. Wykorzystali więc tego samego kierowcę do dalszego przemieszczania się w przestrzeni, ale kilka kilometrów dalej go zwolnili. Zatrzymali chłopską furmankę i pojechali kawałek dalej w kierunku południowym. Gospodarz zawiózł ich do najbliższego lasu, w którym ukryli samochód. Zbliżał się wieczór, chłopa puścili, po odebraniu przysięgi, że o wydarzeniu zapomni. Któryś – chyba Maciek – pojechał tramwajem do Łodzi skąd, wczesnym rankiem tzw. okazją przywiózł kanister benzyny. Jakim sposobem ją zdobył – nie mam danych. Dalsza droga pod Dłutów odbyła się bez przeszkód. Następnego dnia do centrum Pabianic wjechał skradziony dwa dni wcześniej milicyjny łazik i wypełniona żołnierzami ciężarówka wioząc rzekomo rannego wroga ludu. Wartownika przed drzwiami, który nie chciał ich wpuścić wepchnięto do środka, gdzie sterroryzowano personel, przecięto kable telefoniczne, wszystkich więźniów uwolniono, do cel wepchnięto ubeków i odjechano do lasu. Prawda jakie to proste?
Wieleśmy z Kaziem razem przeżyli, i bodaj z nikim nie miałem tak wymyślnych przygód. Kiedyś zadzwonił telefon.
– Wilku, czy moja syrenka będzie chodzić, jeśli w benzynie jest mocz?
– Jaki mocz?
– No... ludzki.
– Kaziu, a skąd ty wiesz, że tam jest mocz?
– Bo go sam nalałem.
– Kazik! albo wtedy byłeś pijany, albo teraz.
– Byłem i jestem trzeźwy – powiedział mój przyjaciel, a w głosie odczułem urazę.
Wsiadłem w samochód i pojechałem na wizję lokalną. Okazało się, że kiedyś podczas prac w garażu, kiedy mu się zachciało sikać nalał do butelki po oleju, a potem – ponieważ syrenka, jak każdy szanujący się dwusuw jeździła na mieszance paliwa z olejem – najpierw nalał paliwa z kanistra, a potem dolał...
– Z tego co wiem – powiedziałem – nikt do tej pory nie prowadził badań jak się w silniku zachowuje mieszanka benzynowo-moczowa. Ale ja bym jeździł. Choćby z ciekawości. Tylko nie zapomnij nalać oleju. A za kilka dni zadzwoń, jakie masz spostrzeżenia eksploatacyjne.
Nie zadzwonił. Chyba mnie nie posłuchał.
Później nigdy nie wracaliśmy do tematu.
Kazik umarł w październiku 1992 roku. Trzy miesiące wcześniej pochowałem innego mojego przyjaciela - Zdzicha Kozłowskiego, który inaczej spędzał młodość. Mianowicie przez sześć lat oglądał pejzaże na dalekim wschodzie Związku Sowieckiego. Pewnie i zorze polarne… Tak to wtedy Polacy spędzali wolny czas.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Człowiek a technika
poniedziałek, 06 luty 2012, 20:38
|
Na początek naszych rozważań o technice przytoczę słowa zmarłego w 1936 roku niemieckiego filozofa Oswalda Spenglera:
„Władca świata stał się niewolnikiem maszyny. Zmusza ona jego, nas – i to wszystkich bez wyjątku, niezależnie od tego czy o tym wiemy, chcemy tego czy nie – do kroczenia drogą przez nią wyznaczoną. Upadły zwycięzca wleczony jest ku śmierci przez oszalały zaprzęg.”
Sformułowanie jest nieco katastroficzne, może należałoby je osłabić.
Jan Werner, profesor Politechniki Łódzkiej, specjalista w dziedzinie silników spalinowych – mój wielki mistrz i nauczyciel – pisał w 1954 roku:
„Mimo dzisiejszej naszej zależności od techniki, nie można tej zależności identyfikować z czymś w rodzaju niewoli, gdyż technika zrodziła się z nas samych. Jest takim samym dzieckiem natury jak my, jest owocem naszego rozumu. Skomplikowana maszyna ze stali i żeliwa nie może więc być dla nas skomplikowaną i zimną tajemnicą, gdyż nie stal i żeliwo nadały jej celowe kształty, a duch wynalazczy człowieka. Posługiwanie się więc techniką, prace rozwojowe, nasza służba dla niej nie jest uległością czy jak niektórzy sugerują – czymś co osłabia siły ducha, a wręcz przeciwnie, jest potęgą.”
Przytoczyłem tu dwie wypowiedzi: filozofa i inżyniera. Nie będę się z nimi wadził. Z jednej strony – za wysokie progi, z drugiej – być może, widzę światło racji w obydwóch spojrzeniach. Zostawmy więc na boku problem – dokąd może nas zaprowadzić technika. Niemniej, ponieważ inżyniera nie może cechować postawa: - ja nic nie wiem, ja tu sprzątam – spróbujmy chociaż udeptać sobie i wyrównać kawałek pola, które pozwoli nam szerzej spojrzeć na zagadnienia techniczne, niż po horyzont ślusarza z cenzusem. I tak, krzątając się po swojej zagrodzie opalikujmy najpierw plac, na którym odbywają się nasze zabiegi techniczne.
Co to jest technika
Encyklopedyści piszą:
„Technika – w znaczeniu ścisłym najczęściej dział cywilizacji i kultury decydujący o stopniu opanowania przyrody przez człowieka i obejmujący środki materialne do realizacji celów działalności gospodarczej oraz umiejętność posługiwania się tymi środkami.” WEP t. 11 1968
Jak widać autor tej definicji sam nie był jej bardzo pewien, jeśli napisał jednym tchem „w znaczeniu ścisłym najczęściej” . Jest to w każdym razie bardzo ogólna definicja. Jeśli bowiem zaczniemy wnikać w pojęcia: kultura i cywilizacja – okaże się, że granice są tu jeszcze mniej ostre. Zgódźmy się więc, że encyklopedyści wyrażają się najczęściej ściśle i spróbujmy zbliżyć sobie pojęcie techniki, patrząc z innej strony.
Otóż, moim zdaniem, w polu działania techniki znajdują się maszyny i urządzenia służące do przetwarzania, transportu i magazynowania trzech wielkości energii, materii i informacji.
Te dziewięć możliwości – jak sądzę – wyczerpuje bez reszty zapotrzebowanie człowieka na działalność techniczną i wobec tego dalsze rozważania snuć będziemy według zaproponowanego schematu.
Oczywiście, czytelnik jest w stanie wskazać, że wszystkie te kombinacje zostały wcześniej praktycznie zastosowane przez naturę.
Niemniej zasługą człowieka jest dostrzeżenie ich przydatności oraz umiejętność stworzenia odpowiednich systemów pozwalających na dogodniejsze spożytkowanie wszystkiego, co mu natura dała. Oszczędzę sobie w tym miejscu większej ilości przykładów dotyczących naturalnych procesów, ale kilka może się przydać.
Oto przykład przetwarzania energii: energia promienista słońca w zetknięciu z atmosferą ziemską zamienia się w energię cieplną, a ta – dzięki dalszym procesom – w energię kinetyczną wiatru.
Przykład transportu materii: woda ze zbiorników przenosi się do atmosfery i powraca z powrotem na powierzchnię ziemi, najczęściej nie tam, gdzie jest akurat pożądana.
W końcu magazynowanie informacji: najlepszy przykład DNA – przechowujący kod genetyczny.
We wszystkich przypadkach działań technicznych idziemy tropem natury, tworząc mniej lub bardziej skomplikowane i udane kombinacje techniczne.
Kombinację techniczną tworzyć będzie w zasadzie każda maszyna, ona nie tylko służy do zaspokajania jednego z dziewięciu naszych zapotrzebowań. W jej układach wewnętrznych zawsze jesteśmy w stanie odszukać co najmniej kilka elementów proponowanego schematu.
Na przykład w magnetofonie kasetowym – urządzeniu zbudowanym do magazynowania informacji znajdziemy w wewnętrznych układach:
Przemianę energii elektrycznej w mechaniczną
Transport energii elektrycznej i mechanicznej
Transport materii (taśmy)
Transport, przetwarzanie i magazynowanie informacji
Magazyn energii (baterie)
W tabeli nr 1 przedstawiono proponowany układ, gdzie w każdej rubryce podano jakiś konkretny przykład maszyny. Analogiczne tabele można tworzyć dla przeanalizowania układów wewnętrznych rozpatrywanej maszyny.

Schemat jest na tyle nośny, że czytelnik często będzie trafiał na jego ślady na kartach tej książki.
Nauka a technika
Warto teraz zwrócić uwagę na to, co było pierwotne: technika czy nauka?
Historia zmagań człowieka z naturą jest w stanie dostarczyć nam licznych przykładów, kiedy najpierw wymyślono coś teoretycznie, a potem zrealizowano technicznie. Niemniej pierwotność techniki w stosunku do nauki jest ewidentna. Jeżeli przyjmiemy za badaczami naszej przeszłości, że nasze człowieczeństwo zaczęło się od użycia kija i kamienia … swoją drogą dość kłopotliwe moralnie były te początki… no więc jeśli tak przyjmiemy, musimy zwrócić uwagę, że z dwóch tęgo owłosionych chłopców wygrał nie ten, który potrafił unieść większy kamień, tylko ten, który umiał swoim kamieniem przedzwonić przeciwnikowi z większą energią. Walczący nie mieli pojęcia, co to jest energia, nie umieli podać definicji prędkości i masy, a więc tym bardziej nie skleciliby wzoru . Niemniej zostawał przy życiu ten, który dosięgał przeciwnika w momencie, kiedy jego przedramię miało największą prędkość.
Nie zdając sobie sprawy z tego co to jest środek ciężkości, a tym bardziej nie potrafiąc z siebie wydukać warunków równowagi, Awarowie, którzy przywieźli z sobą do Chin strzemię, w VIII w. spustoszyli pół ówczesnej Europy.
Takie były początki. Dziś nauka i technika na tyle splotły się wzajemnie, że jedna bez drugiej już nie może. Taki obraz wzajemnego komensalizmu, to nasz obraz zastany i nic nie wskazuje, żeby na przyszłość mogło być inaczej.
Pole działania
Spróbujmy teraz orientować się, na jakiej scenie i w jakich warunkach poznania naukowego przychodzi nam tworzyć naszą technikę.
Miejsce, gdzie się rodzimy, pracujemy i umieramy – to kula ziemska.
Żeby uzmysłowić sobie jakie to malutkie poletko do popisu, posłużmy się modelem, który zaproponował Von Ditfurth w swoich „Dzieciach Wszechświata”. Otóż gdybyśmy pomniejszyli nasz układ słoneczny sto milionów razy, kula ziemska pojawiłaby się nam w ręku jako dwunastocentymetrowej średnicy pomarańcza, ja bym powiedział – okazały grejpfrut – wokół którego w odległości 3,8 metra krąży coś w rodzaju piłeczki pingpongowej o średnicy 3,5 cm – to znaczy księżyc. W tej samej skali słońce o rozmiarach trzypiętrowej kamienicy (ø = 14 metrów) jest oddalone od naszego grejpfruta o półtora kilometra. Na krańcu układu krążących wokół kamienicy kuleczek bieży sześciocentymetrowej średnicy pluton w odległości bez mała sześćdziesięciu kilometrów. A poza tym jest śmiertelnie pusto. Trudno to sobie wyobrazić, bowiem ta pustka jest wręcz szokująca. Trzeba pamiętać, że najbliższa sąsiadka (trzy lata świetlne od naszego układu słonecznego) gwiazda Proxima Centauri w naszym modelu oddalona by była o odległość jak z Ziemi do Księżyca. Dopiero to daje pojęcie, jak bardzo samotni jesteśmy z tym swoim grejpfrutem, na którym jedziemy. Poza tym to daje pojęcie, jak bardzo jesteśmy pyszni.
My tu sobie gaworzymy jak niemowlęta o podboju kosmosu, ba o wojnach gwiezdnych, a tymczasem dzielni kosmonauci odbijają się od powierzchni grejpfruta na odległość około 0,5 cm, a największym osiągnięciem była niespełna czterometrowa podróż na piłeczkę pingpongową. O żadnych podróżach naprawdę kosmicznych ani o wojnach gwiezdnych na razie nie ma mowy. Jedyne, co by mogło się nam na pewno udać, to przy pomocy zgromadzonej energii, rozsadzić nasz owoc. Nikt nigdy w kosmosie nie zauważyłby tego, jeśli dysponowałby tak wspaniałą techniką jak nasza.
Co w ogóle wiemy o tym, co jest poza Ziemią? Bardzo niewiele. Na przykład nie wiemy nawet, czy w tym prawdziwym kosmosie są jakieś istoty, które mogłyby nas obserwować.Ponieważ ciągle nieomal sto procent naszej działalności technicznej odnosi się do kuli ziemskiej albo bardzo niedalekich jej obszarów, wracajmy na ziemię.
Narzędzia poznania (pozyskiwania wiedzy)
Pan Bóg, jak sądzę, czy natura – co do tego nie jesteśmy zgodni – tak nas w każdym razie ktoś zmajstrował, że postrzeganie świata odbywa się przy pomocy pięciu zmysłów. Każdy z nich jest z resztą nastawiony na odbiór innych rodzajów bodźców
Wzrok – na fale elektromagnetyczne
Słuch – na fale sprężyste
Węch – na cząsteczki materii
Smak – na reakcje chemiczne
Dotyk – z tym jest najtrudniej. Poradzi sobie bowiem z materią, jak również zarejestrować może bodźce fali sprężystej i elektromagnetycznej. Falę elektromagnetyczną zresztą wyłapie tak w zakresie podczerwieni, jak też – po pewnym treningu – jest w stanie przekazać do naszej świadomości częstotliwość promieniowania widzialnego. Niewidomi potrafią nawet rozróżniać barwy.
Mimo wszystko mamy dziś do czynienia z cywilizacją wzroku. On jeden bowiem na największy zakres możliwości porównywania i jako jedyny – porównywania ilościowego.
Słuch jest w stanie rozróżnić tony, jest w stanie odróżnić hałas większy od mniejszego, ale żeby odpowiedzieć na pytanie: o ile? Lub: ilokrotnie? Musimy przetłumaczyć sygnał akustyczny na informację czytelną dla wzroku.
Dotykiem ustalimy, że jedna kulka jest większa czy cięższa od drugiej, Żeby dowiedzieć się dokładnie – o ile? – wymyśliliśmy urządzenia, gdzie odczyt odbywa się przy pomocy wzroku.
Oczywiście, że można wymyślić przyrządy pomiarowe, gdzie odczyt będzie odbywał się innymi metodami – tyle, że transformacje informacji wymyślili widzący dla niewidzących. Moim zdaniem pozbawiona wzroku ludzkość w ogóle nie przeżyłaby jako gatunek, a już na pewno nie stworzyłaby takiej cywilizacji jaką mamy. Pamiętam z jakiegoś przedwojennego czasopisma urywek kiedy to słońce zgasło i…
Królewskie oko zostało z tronu zrzucone
Pachołek dotyk objął berło i koronę…
Poeta w zapale twórczym nie zauważył, że zanim by słońce zgasło, dawno by nas wszystkich diabli wzięli, ale wizja poza tym jest ładna.
Nasz świat obejrzany, osłuchany, obmacany, obwąchany i polizany jawi nam się jako świat trójwymiarowy, o konkretnym wyglądzie, nieco innym dla daltonistów, krótkowidzów, głuchych czy dotkniętych innymi defektami zmysłowymi. Analiza naukowa informacji przekazywanych drogą zmysłową pozwoliła jeszcze dodać do tego widzenia świata stwierdzenie, że obracamy się w sferze dwóch pól: grawitacyjnego i elektromagnetycznego, oraz dorzuciła czwarty wymiar – czas.
W tej czterowymiarowej czasoprzestrzeni budujemy nasze maszyny i one jakoś działają.
Tymczasem nauka co pewien czas sygnalizuje nam, że tych wymiarów jest chyba więcej. W roku 1921 Teodor Klauza badając nowatorską w owym czasie teorię grawitacji Einsteina, wyprowadził jego równania dla pewnego pięciowymiarowego świata i o dziwo, równania opisujące pola grawitacyjne stały się identyczne z równaniami elektromagnetyzmu. Paul Davies pisze: „pięciowymiarowa teoria grawitacji Klauzy była w stanie odtworzyć jednocześnie teorię grawitacji Einsteina i elektromagnetyzm Maxwella” (Nowa Fizyka i Nowy Wielki Wybuch – wg: Sky and Teleskop X-85).
Ostatnio fizycy zajmują się supergrawitacją. Nie wchodząc w szczegóły, powiem tylko, że przyjmuje ona prostą i elegancką postać, gdy zostanie sformułowana w jedenastuwymiarach. I znowu oddam głos Daviesowi, bo mnie pewnie nikt by nie uwierzył: „być może czasoprzestrzeń rzeczywiście ma 11 wymiarów. W jakiś sposób postrzegamy jedynie cztery z nich.”
Spójrzmy teraz na rysunek. Przedstawiono na nim obok siebie dwa widma: jedno fal sprężystych, drugie – elektromagnetycznych.
W tym układzie dwie wąskie szczeliny to pasma fal widzialnych i słyszalnych. Tylko przez nie docierają do naszej świadomości sygnały falowe ze świata. Do licha, toż to prawie jak szczeliny obserwacyjne czołgu! Wyobraźmy sobie teraz, że pasmo fal widzialnych rozszerza się dwukrotnie i w kierunku podczerwieni i w kierunku ultrafioletu. Trochę już o tym wiemy. Stworzyliśmy sobie specjalne urządzenia pozwalające widzieć w podczerwieni, ale to nie to samo co bezpośrednia obserwacja. Poza tym to ciągle jeszcze maleńki wycinek rzeczywistości. Rozszerzenie postrzegania w zakresie wszystkich zmysłów zmieniłoby nam zupełnie obraz świata i z całą pewnością pozwoliłoby na wyciągnięcie wniosków o jakich nawet się nam dziś nie śni. Może wystarczyłoby „zobaczyć” jeszcze ze dwa wymiary.
Fizyka odkryła dotychczas dwa pola: grawitacyjne i elektromagnetyczne. Ile ich jest jeszcze?Może to już wszystko. Ale pod koniec dziewiętnastego wieku fizykom się zdawało, że to już wszystko i zostały tylko zabiegi kosmetyczne. To, co stało za progiem przerosło wszelkie oczekiwania.
Organem, który analizuje informacje uzyskane drogą zmysłową jest mózg. Do dzisiaj nie do końca zbadano cały proces przetwarzanie i transportu informacji w jej drodze od bodźca przez receptor do mózgu. O przekłamaniach więc możemy powiedzieć tylko to, co zbadamy statystycznie. Ale co się dzieje w samym mózgu? Tu już nie będę niczego sam, będę się powoływał na autorytety.
J.Z Young pisze: „o działaniu mózgu wiemy tak mało, że nie możemy ani stwierdzić, ani zaprzeczyć, że istnieje jakaś jedna wartość skalarna zwana inteligencją, być może nawet związana z czynnikiem dziedzicznym.”I dodaje: „w poszukiwaniu metod jej mierzenia może nam pomóc utożsamienie inteligencji ze zdolnością do przetwarzania informacji.Jest to jednak dość powierzchowne podejście…”
Może nam, inżynierom wystarczy takie powierzchowne podejście? Nie wiem. Tenże sam Young powołując się z kolei na Barletta, rozważa systemy myślenia otwartego i zamkniętego:„Myślenie lubi trzymać się układów zamkniętych, nie mniej jednak istnieją takie siły, które decydują o ludzkiej żądzy przygód, bezustannie buntują się przeciw układom zamkniętym i burzą je.”
Jako jedną z ważniejszych różnic pomiędzy myśleniem otwartym a zamkniętym wskazuje Young kompletność dostępnych informacji. „wszelkie myślenie musi zaczynać się od jakichś informacji i zarówno uczony jak i twórca w jakimś sensie starają się coś uzupełnić lub rozszerzyć granice wyznaczone przez dane wyjściowe. Niemniej ten, który myśli w sposób zamknięty szuka czegoś, co powinno być w układzie. Twórca również rozpoczyna myślenie od jakichś informacji, ale selekcjonuje je w specyficzny sposób.”
Na zakończenie Young dość bezradnie stwierdza: „właściwie wcale nie rozumiemy skąd u niektórych bierze się zdolność selekcjonowania pewnych tylko spośród wszystkich dostępnych danych i łączenia ich elementów w zadowalające sposoby” (wszystkie cytaty: J.Z. Young „Zarys wiedzy o człowieku”)
I właśnie ta zdolność, której źródło nie jest znane naukowcom, pozwala nam, inżynierom – chociaż tak mało wiemy o świecie – budować maszyny, które pracują zadowalająco
Chociaż niekiedy się psują…

|
|
Komentarzy:
0
|
|
Ewangelia Judasza
poniedziałek, 09 styczeń 2012, 11:00
|
Ewangelia Judasza
O sensacyjnym odnalezieniu szeregu ewangelii gnostycznych między innymi ewangelii Judasza dowiedziałem się już w 2006 roku i wówczas napisałem na ten temat tekst.
Ponieważ w czasie tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia kanał National Geographic zajmował się intensywnie sprawami początków chrześcijaństwa – nadając również film o ewangelii Judasza – więc i ja uznałem za stosowne wrócić do sprawy.
Mówić o tym trzeba, bowiem dla wielu ludzi bardzo nęcąca jest wizja bezkarnego łajdactwa.
Rzecz w tym, że postać Judasza, z punktu widzenia dramaturgii wydarzeń prowadzących do Męki Pańskiej, wydaje się być zbędna. W przyczynowo-skutkowym łańcuchu zdarzeń zaczynającym się od pobytu Mistrza w Jerozolimie podczas święta namiotów Judasz nie ma swego wyraźnego miejsca.
Ten pobyt, o którym mówię miał miejsce pół roku przed ukrzyżowaniem w miesiącu tiszri.
Mniej więcej od tego czasu Jezus zaczyna mówić wprost – że jest Synem Bożym, a poza tym, o ile wcześniej wszelkie uzdrowienia i inne cuda były dokonywane niejako mimochodem, – wystarczyło dotknięcie ręki, czy nawet tylko szaty – to teraz przywrócenie wzroku ślepemu od urodzenia ma już – że tak powiem – spektakularny charakter. Podobnie jest ze wskrzeszeniem Łazarza. Przy okazji coraz częściej dowiadujemy się, że Jezus jest jasnowidzem. Będąc daleko, wie, że Łazarz umarł, wie, gdzie znajdą oślę, wie kto Go przyjmie na ostatnią wieczerzę. Ponadto czyta w ludzkich myślach i przewiduje przyszłość. W takiej właśnie sytuacji ujawniania swojej boskości odbywa Jezus triumfalny wjazd do Jerozolimy, który wskazuje na wielką już Jego popularność – ale jeszcze niektórzy pytają – kto to? A witają go tłumy. Potem daje się poznać jeszcze lepiej. Wg. Mateusza niemal natychmiast, opuściwszy grzbiet osiołka Jezus idzie do świątyni i wyrzuca stamtąd handlarzy, a przede wszystkim finansjerę Jerozolimy, bowiem wywracając im stoliki z pieniędzmi naraża lichwiarzy na poważne straty – powołując się przy tym na Pismo.
Potem przychodzi czas na intelektualistów (kapłanów). Przez co najmniej dwa dni On im wręcz urąga. Wyżej stawia celników i nierządnice, przyrównuje ich do grobów pobielanych z zewnątrz, ale pełnych plugastwa, w końcu przypomina, że ich przodkowie mordowali proroków i nazywa ich wprost – plemieniem żmijowym.
W ten sposób pali ostatnie mosty. Ten, który przez trzy lata naucza miłości bliźniego nagle zmienia się w sposób – na pierwszy rzut oka – niezrozumiały. Ale przecież musiał zjednoczyć przeciwko sobie autorytety, musiały pójść w ruch niemałe pieniądze. Inaczej tłum w pięć dni po niedzielnym triumfie nie krzyczałby przed pałacem Piłata – ukrzyżuj go, ukrzyżuj go.
W tej sytuacji, kiedy każdy wyrostek, żebrak, kupiec czy kapłan Go znał, Judasz był zupełnie zbędny. Można było wysłać każdego sługę, zbira czy zgoła szpiega, któryby śledził grupę Chrystusa, a gdyby nie trafił za nią na Górę Oliwną, Jezus prawdopodobnie sam by zszedł i oddał się w ręce siepaczy. Bo przecież naprawdę to zrobił.
W świetle tego co napisał święty Jan w swojej ewangelii pocałunek Judasza wydaje się być do niczego nie potrzebny.
Co pisze Jan:
„Judasz otrzymawszy kohortę oraz strażników od arcykapłanów i faryzeuszów przybył tam z latarniami, pochodniami i bronią. A Jezus wiedząc o wszystkim co ma na Niego przyjść, wyszedł naprzeciw i rzekł do nich <kogo szukacie?> Odpowiedzieli Mu <Jezusa z Nazaretu>. Rzekł do nich Jezus <ja jestem>. Również i Judasz, który go wydał stał między nimi.” O pocałunku u św Jana nie ma ani słowa. Za to jest we wszystkich pozostałych ewangeliach. Rzecz w tym, że poza Janem tylko Mateusz mógł być świadkiem tych zdarzeń.
Przyznając się do tego kim jest – zanim zdrajca wykonał jakikolwiek ruch – Chrystus wręcz pozbawia czyn Judasza większego znaczenia. Można oczywiście rozumować tak jak mogli myśleć kapłani. „Nawet jeśli wiemy, że nocuje na górze Oliwnej to jest z nim kilkunastu ludzi. Mogą go bronić, mogą się rozpierzchnąć w różne strony…a z pochodniami źle się goni. W ciemnościach – kto go rozpozna”.
W końcu już od kilku miesięcy chcieli go zabić i nie udawało im się go złapać. Judasz dawał większe prawdopodobieństwo pojmania.
Pytanie – skąd mogli wiedzieć, że Jezus i Apostołowie będą nocować na Górze Oliwnej?
Oczywiście mogli się dowiedzieć od Judasza, ale to wcale nie jest pewne. Biblia powiada nam, że noc z niedzieli na poniedziałek grupa Jezusa spędziła w Betanii, ale następne? – wiadomo tylko, że za murami miasta. Tu pomagają nam trochę ostatnie badania w Jerozolimie. Otóż u stóp Góry Oliwnej odkryto głęboką sadzawkę. Że jest głęboka okazało się dopiero po usunięciu z niej odwiecznych naleciałości. Naukowcy stwierdzili że musiała być czynna za czasów Jezusa i ogólnie służyła pielgrzymom do obmycia się przed wejściem do Świątyni ale również Chrystusowi jako sadzawka chrzcielna podczas jego pobytów w Jerozolimie. Następnie na stokach Góry Oliwnej odkryto grotę, która była niegdyś tłocznią oleju i wysnuto hipotezę, że w tej jaskini mieszkał Jezus z Apostołami. Nie potrafię powiedzieć na ile te wiadomości są prawdziwe, ale jeśli jest w nich choć ziarno prawdy, to grupę Jezusa mógł odszukać każdy, bowiem rzucała się w oczy nie tylko w świątyni.
Mówienie, że Judasz został niejako ubezwłasnowolniony przez Chrystusa, który załatwił z nim zdradę – jako konieczność dziejową, jest daleko idącym nieporozumieniem. Jest to bardzo wygodna teza dla zbrodniarzy. „Jeśli jestem złym człowiekiem to widocznie Panu Bogu było to do czegoś potrzebne”. Ponadto bardzo łatwo zrobić krok dalej. W tej sytuacji moglibyśmy uznać, że wszyscy byli aktorami w rękach Pana i wszystkie kolejne wydarzenia zostały wyreżyserowane przez Tego, który miał się poddać MĘCE. Gdyby wszystkim odebrał wolę i kazał odgrywać takie a nie inne role – zamiast Świętej Męki – mielibyśmy Kalwarię Zebrzydowską, gdzie po kilkugodzinnych uniesieniach wszyscy idą do domu, a ukrzyżowany najwyżej rozciera sobie obolałe mięśnie.
A jeżeli Judasz nie został ubezwłasnowolniony – tylko się poświęcił na prośbę Chrystusa? Zwolennicy tej tezy musieliby postawić wieczną mękę Judasza w piekle ponad kilkunastogodzinną mękę Zbawiciela – i obawiam się, że o to im chodzi, bo to całkowicie zmienia wyznawaną przez nas Wiarę. Ciekawa to by była sekta, gdzie Bóg namawia do występku, a zdrajca się poświęca i jest wzorem do naśladowania.
Można wymyślić jeszcze inny scenariusz. Byłaby to rozmowa jeszcze w Betanii między Mistrzem a uczniem: „powiesić się musisz, ale w piekle to posiedzisz dwa dni i zaraz cię wypuszczę”. „A mój wizerunek u potomnych?” „Na to już nie ma rady, do końca świata nawet najgorsi łajdacy będą o tobie myśleli z obrzydzeniem. No a teraz leć i zaprzedaj się. Do Jerozolimy masz kawał drogi.”. No i jak się państwu podoba taka groteska? – Mnie nie.
Wymyśliłem ją zanim zapoznałem się z opublikowanym przez Gazetę Wyborczą tekstem „ewangelii Judasza”. A oto jej fragmenty cytowane za podanym wyżej źródłem.
„Przewyższysz ich (apostołów) wszystkich.” I dalej: „Będziesz przeklęty przez pokolenia, ale przyjdziesz, żeby nad nimi panować” W końcu: „Wystąp przed wszystkich a opowiem ci o tajemnicach królestwa”.
Czy państwu to czegoś nie przypomina? „Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego bo mnie są poddane i mogę je odstąpić komu chcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon wszystko będzie twoje.” Kto powiedział takie słowa? Szatan, proszę państwa – szatan, pokazując Jezusowi wszystkie królestwa świata i kusząc go na górze. Przecież to ta sama poetyka.
Nie wiem dlaczego Judasz tak postąpił jak postąpił, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że zrobił to z własnej woli miotany jakimiś swoimi wewnętrznymi piekielnymi emocjami. Chrystus po prostu czytał w jego myślach jak w księdze i to wystarczyło. Wymyślanie motywów zostawiam pisarzom o większej wyobraźni niż moja. (Mnie najbardziej odpowiada wersja Romana Brandstaettera). Zresztą o ile większość szczegółów męki Pańskiej jest wyraźnie przewidziana w Starym Testamencie – zwłaszcza w Psalmie 22 o tyle o Judaszu Pismo wyraża się bardzo enigmatycznie. W Psalmie 40 znajdujemy taki fragment „nawet ten przyjaciel, któremu ufałem, i który chleb mój jadł, podniósł na mnie piętę.” A bo to mało znamy takich?
Nic bardziej obciążającego Judasza w Starym Testamencie bibliści nie znaleźli– albo ja się nie doszukałem, – podczas gdy o oślęciu jest napisane expressis verbis w księdze Zachariasza: Oto król twój przychodzi do ciebie łagodny, siedzący na osiołku, źrebięciu oślicy. Nawet płeć i wiek zwierzęcia się zgadza.
Nie podoba mi się również koncepcja Judasza jako żydowskiego terrorysty – sztyletnika. Gdyby był nim to nie sprowadzałby siepaczy na odludzie, tylko wskazałby Chrystusa w biały dzień w środku miasta, żeby wywołać powstanie, a choćby tylko rozruchy, których bali się wszyscy stojący po drugiej stronie.
Zresztą mało kto pamięta, że są co najmniej dwie wersje śmierci Judasza. Jedna – ogólnie znana, że opanowały go wyrzuty sumienia, oddał srebrniki i się powiesił. (Mateusz). Druga – że nie miał żadnych wyrzutów, za srebrniki kupił ziemię (Pole Garncarza) i dopiero spadłszy głową na dół z jakiejś skarpy pękł na pół i wyszły z niego wnętrzności. Tę wersję głosi św. Piotr w Dziejach Apostolskich, ale mało kto czyta Dzieje Apostolskie.
Przy takich rozbieżnościach nie od rzeczy jest przypomnieć literacką wersję Bułhakowa – że zamordowali go ludzie Piłata a srebrniki podrzucili kapłanom.
Judasz jest w Piśmie Świętym potrzebny. Ale nie dlatego, że musiał zdradzić. On przecież podczas Ostatniej Wieczerzy razem z innymi jest dopuszczony do pierwszej – naprawdę pierwszej komunii. I co? Po chwili wzruszeń wszyscy –z wyjątkiem Jana i może Mateusza – zawiedli. Większość wykazuje tylko swoją małość: Piotr się wypiera, reszta się rozbiega i ukrywa ze strachu. Judasz popełnia zbrodnię. Już wcześniej jest umówiony z kapłanami, a więc łączy się z Bogiem w grzechu. Jezus o tym wie i mówi mu – że wie. To nic nie pomaga. Judasz trwa w swoim postanowieniu. W końcu Jezus wygania go słowami „co chcesz czynić – czyń prędzej”. To „chcesz” ma w tym zdaniu jednoznaczną wymowę. W kilka godzin później Judasz wykonuje umówiony z kapłanami gest zdrady, chociaż Mistrz jest już w rękach siepaczy.
A my co robimy? Otrzymujemy taki dar jak Hostię, przez kilka minut wydajemy się sami sobie lepsi, a potem myślimy, że Msza się kończy i co będzie na obiad?. A po obiedzie wracamy po prostu do starych grzechów.
Do tego, żeby się stać lepszym nie wystarczy krótka chwila głębokiego przeżycia. O tym mówi cały Nowy Testament. Pan Bóg, który wybrał tych kilkunastu pierwszych potencjalnych świętych pomaga im jak może. Ale ani trzy lata nauczania, ani Ostatnia Wieczerza, ani zesłanie Ducha Świętego nie doprowadza do głębokiej przemiany. Najwięcej może zdziałał Paweł swoim przykładem. Ale i tak Piotr niemal do końca nie wytrzymuje swojej świętości. To nie Pan Sienkiewicz wymyślił ucieczkę z Rzymu. Wszak przed tą ucieczką ludzie Nerona zdążyli zamordować w strasznych męczarniach setki czy tysiące chrześcijan. A ich pasterz ucieka... – ale wraca. To bardzo ważna lekcja dla nas wszystkich. Upadki Piotra niosą nam, szeregowym wiernym jakąś nadzieję. Przypadek Judasza ostrzega nas, że jest jakaś granica Bożej cierpliwości. Że TAM jest Sąd a nie powszechne przebaczenie. Wszystkie zgromadzone w Księdze przykłady wskazują, jak głęboko się trzeba przepracować wewnętrznie, i ile czasu to wymaga, żeby w końcu stać się godnym miana człowieka. A Pan Bóg czeka. Ja to po trochu zaczynam rozumieć dopiero na starość.
Andrzej Wilczkowski
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Pułkownik Szostak "Filip"
czwartek, 25 sierpień 2011, 23:19
|
Pułkownik Józef Szostak „Filip” o Powstaniu Warszawskim.
Pułkownik Szostak zmarł w dniu 11 lutego 1984 roku w wieku w wieku 86 lat.
Jako osiemnastoletni chłopak rozpoczął on wojaczkę w Pierwszym Pułku Ułanów Beliny, aby przez najbliższe 30 lat być kolejno: oficerem Pierwszego Pułku Szwoleżerów i Siódmego Pułku Ułanów, dowódcą szwadronu przybocznego Prezydenta RP, szefem sztabu 2 Dywizji Kawalerii, kierownikiem samodzielnego referatu operacyjnego „Wschód” w Sztabie Głównym, dowódcą 13 Pułku Ułanów Wileńskich w Kampanii Wrześniowej. W AK został szefem Oddziału III Komendy Głównej.
Kiedy wypuszczono go z więzienia w PRLu miał lat 58.
W maszynopisie pamiętnika, którym po śmierci Pani Pułkownikowej opiekowałem się w okresie stanu wojennego, na temat Powstania Warszawskiego znajdujemy takie fragmenty: „…nie miałem zamiaru pisać historii powstania – stwierdza Szostak. – Historia jest już opracowana lepiej lub gorzej, tendencyjnie i bezstronnie, ja natomiast starałem się opisać to na co patrzyłem własnymi oczami i co sam przeżywałem.”
I dalej: „Zryw narodu i jego ofiarność nie może wypływać z namowy lub rozkazu. Powstanie dało dowody olbrzymiej ofiarności społeczeństwa warszawskiego. Aby zrozumieć przyczyny decyzji walki powstańczej trzeba sięgnąć dużo dalej niż do roku 1944 a nawet 1939. Polacy od czasu utracenia niepodległości stale czepiali się wszystkich możliwych środków aby tę niepodległość odzyskać, choć różni „trzeźwo myślący” ludzie nazywają to romantyzmem, ale nie jest powiedziane, że ten romantyzm nie jest jedną z naszych realnych broni chroniących naród przed wynarodowieniem.”
Uwaga AW:
Na tajnych kompletach, podczas okupacji uczyłem się również łaciny. Do dziś pamiętam: podwójne przeczenie jest silnym twierdzeniem. Tak też odbieram powyżej przytoczone zdanie pułkownika Szostaka. (AW).
Dalej pułkownik: „Pokolenie z przed pierwszej wojny światowej dostąpiło tego szczęścia, że dzięki uzyskaniu okazji politycznej i z woli narodu odzyskaliśmy niepodległość w 1918 roku. To szczęście było odczute przez cały naród. ..
Jakkolwiek występowały już i wtedy nasze wady narodowe i bywały rządy lepsze lub gorsze ale wszystko robiły one dla dobra kraju i narodu. Żaden, najmniej udany rząd nie pracował na korzyść obcych państw, a widział, słusznie lub niesłusznie, tylko interes Polski. Całe społeczeństwo nastawione było patriotycznie i patriotyzm uważało za najwyższą cnotę. Niepodległość była dumą narodową, a myśl o jej utracie była nie do zniesienia. Kiedy w 1939 r. zbliżała się groza wojny naród był nastawiony na walkę i gdyby np. Prezydent Mościcki chciał wejść w porozumienie z Hitlerem i pójść na ustępstwa wątpię, czy przeżyłby ten moment…
I teraz pytanie: czy Delegatura Rządu na Kraj mogła nie liczyć się z nastrojami społeczeństwa? Musiała się liczyć.
Walka w Warszawie była nie do uniknięcia. Żądza odwetu była nie do przezwyciężenia. Gdyby dowództwo Armii Krajowej nie zarządziło powstania walka wybuchłaby spontanicznie i bezplanowo. Żołnierze nasi samowolnie przyłączaliby się do grup walczących”.
I dalej… „Oceniano, że Niemcy będą się bronić w Warszawie. Aby uniknąć zniszczenia stolicy należało możliwie skrócić okres walki. W tym celu, kiedy Armia czerwona będzie dążyła do opanowania Warszawy Armia Krajowa powinna uderzyć na Niemców i opanować miasto.”
I dalej…. „Liczyliśmy się z możliwością, że po wkroczeniu wojsk sowieckich zostanie aresztowana zarówno Delegatura Rządu jak i Komenda Główna.”
I dalej… „Uważałem, że mimo trudności musimy przystąpić do walki. Dziś też jestem zdania, że trzeba było mimo szalonych ofiar tę walkę przeprowadzić… Oczywiście uważaliśmy, że jeżeli w odpowiednim momencie rozpoczniemy działanie, to zostanie ono uwieńczone powodzeniem. Nie zostało. Moment był wybrany źle. Powstanie wybuchło za wcześnie.”
Jeszcze może przypomnę fragmenty pamiętnika gdzie płk Filip wspomina odprawę w przeddzień wybuchu.
„Przyszedłem na nią punktualnie, najwyżej w granicach minut w tę lub w tamtą stronę. Nieprawdziwie podają „historycy” że spóźniliśmy się – ja, Heller i Kuczaba. ” (Heller – Kazimierz Iranek-Osmecki, Kuczaba – Kazimierz Pluta- Czachowski przyp. AW).
Po krótkim opisie jak wyglądał pokój i co kto robił kiedy on pojawił się na odprawie Szostak stwierdza:
„Nawet nie zdążyłem przywitać się z obecnymi gdy Bór z punktu oświadczył: ‘no Filip, jutro o 17 zaczynamy’. Nie siadając nawet wyraziłem pewne zdziwienie i zapytałem, czy do podjęcia decyzji nie byli potrzebni szefowie oddziału III i II.”
Szostak zaraz opuścił odprawę tłumacząc się obowiązkami pilnymi w związku z przekazaną mu decyzją. Na klatce schodowej minął idących osobno na górę Iranka i Czachowskiego.
Nie będę kontynuował opowieści, bowiem pamiętniki Szostaka zostały wydane (bodaj w 1993 roku) przez KPN. Przypuszczam, że są bardzo trudno dostępne, bo miały wszelkie cechy wydawnictwa podziemnego – ale są. Tak o nich zapomniano, że nawet w internecie w nocie biograficznej Szostaka nie znalazłem o nich wzmianki.
Dziś nie mam dostępu nawet do maszynopisów. Wszystko oddałem synowi pułkownika. Jestem jednak przekonany, że kto będzie chciał dotrzeć do wydanej książki – ten dotrze.
Jeszcze trochę chcę powiedzieć o zbieraniu broni przez żołnierzy podziemia opierając się jedynie na tym co mówił mi pułkownik w kilku przeprowadzonych z nim rozmowach.
Zastrzegam, że o ile to co napisałem w tym tekście dotychczas można zweryfikować po zapoznaniu się z pamiętnikiem pułkownika, dalsza część jest oparta jedynie o moją pamięć. Notatki z rozmów z pułkownikiem robiłem dopiero w domu i głównie rozmawialiśmy o Kampanii Wrześniowej, bo tym czasie pisałem moją „Anatomię Boju”, która ostatecznie ograniczyła się jedynie do bitwy pod Mokrą. Były to pierwsze lata stanu wojennego i to również nie sprzyjało zarówno wymianie myśli jak i wszelkim zapisom.
Dostęp do Pamiętnika, ba, wiedzę o tym, że on istnieje uzyskałem dopiero po śmierci autora. To jego żona wybrała mnie na strażnika tekstu. Przypuszczam zresztą, że nie byłem jedynym wybranym.
Dalszym zapiskom nadałem formę dialogu, bo może to zachęci do lektury. Ale jest to dialog zapisany teraz. Przypomnę, że ja dziś mam 80 lat, a pułkownik, kiedy ze mną rozmawiał miał 83 - 85. Cóż – kto chce – niech wierzy.
Pułkownik: „Pyta mnie pan o broń. W 39 roku – jako dowódca pułku ułanów miałem jedynie zadbać, żeby moi żołnierze mieli wszystko co Ojczyzna dała w odpowiedniej ilości i jak najlepszym gatunku. I ja tak dostałem. Zapasy wiozłem w taborach. Tak było aż do Wisły. Zaryzykuję twierdzenie, że podobnie było we wszystkich „etatowych” pułkach, które wiozły swoją broń na miejsce koncentracji. Tragedia była w jednostkach rezerwowych tworzonych już podczas działań wojennych. One uzbrajały się w to, co było pod ręką. W centralnych magazynach – jak Stawy pod Dęblinem, czy Palmiry pod Warszawą nowa broń ciągle była. Z Palmir dowożono ją do Warszawy, Modlina i innych pobliskich punktów umocnionych aż do 21 września. Potem – jak Niemcy poprzerywali ciągi komunikacyjne palmirskie składy wysadzono w powietrze. Że nie były puste świadczy o tym rozmiar dołu jaki po nich pozostał.
Nas zgubiła opóźniona na życzenie aliantów mobilizacja powszechna i pogoda. Gdyby w dniu 2 września lunął deszcz i padał przez trzy tygodnie niebo byłoby puste. A tak wszystkie nasze ruchy były dezorganizowane przez Luftwaffe. Z całą pewnością nawet mimo wkroczenia bolszewików trzymalibyśmy się znacznie dłużej niż Francja”.
I w innej rozmowie: „Kiedy planowaliśmy „akcję Burza” miała ona nie obejmować wielkich miast. Takie rozwiązanie pozornie bardzo słuszne ze względu na rozmiary strat wśród ludności cywilnej miało wiele wad. Niemniej od jesieni 43 pracowaliśmy nad takimi założeniami. Im dłużej nad tym siedzieliśmy tym bardziej te braki kłuły w oczy. Ciekawe, czy pan je dostrzega…?”
Nie wiem czy pan mnie nie przecenia, panie pułkowniku?
„No właśnie chcę wiedzieć z kim rozmawiam” – przerwał mi ostro Szostak.
Taka „prowincjonalna” Burza – powiedziałem – do złudzenia przypominałaby Powstanie Styczniowe. Rozproszone po lasach oddziały partyzanckie, a w Warszawie i innych wielkich miastach rządy rosyjskie. A Rząd Narodowy w konspiracji czeka aż go aresztują. Tak się zresztą skończyło i w 45 roku, ale przecież nie o to wam chodziło. Mówił mi to pan kilka tygodni temu.”
„Głupi pan nie jest” ucieszył się pułkownik. „I jeszcze jedno – dodał – ktokolwiek by nie służył w tych leśnych oddziałach pozbawionych wsparcia wielkich miast, bolszewicy natychmiast by donieśli po świecie, że się kryjemy za chłopskimi plecami.”
Innym razem usłyszałem: „Armia Krajowa to było ok. 400.000 zaprzysiężonych żołnierzy. Mobilizacja Burzy objęła ok. 100.000 ludzi. Inne źródła podają ze to straty w zabitych, rannych i zaginionych wynosiły 100.000. Do tego trzeba dodać 50.000 wywiezionych na Syberię. Wszędzie były braki w uzbrojeniu. O powstaniu Warszawie zaczęło się mówić na kilka tygodni przed rozpoczęciem walki.
Dziś oceniam, że w czasie od jesieni 1943 do czerwca 44 mogło opuścić magazyny warszawskie od 5 do 8.000 sztuk broni strzeleckiej. O dziwo, nie dotarła do mnie żadna wiadomość, żeby któryś z transportów wpadł w niepowołane ręce, natomiast w Warszawie były wpadki. W jednej zginęła magazynierka broniąc Niemcom dostępu.
Na mój gest niewiary dotyczący transportów pułkownik powiedział: „Na jedną dwu i półtonową ciężarówkę wchodzi 500 mauserów z amunicją a mieliśmy i większe pojazdy… Niestety. Co dwa tygodnie jeden samochód … Organizacyjnie to nie był duży problem…”
I po chwili „Nie powinienem użyć słowa „niestety”. Tej broni nie wysyłaliśmy dzieciom do zabawy. To zresztą nie odegrało decydującej roli. Termin powstania był wybrany źle. Za wcześnie. Znacznie za wcześnie.”
Na zakończenie jednej z ostatnich rozmów – może nawet ostatniej – pułkownik westchnął. „Późno pan do mnie zaczął przychodzić. Od tamtych czasów minęło 40 lat. Nie wszystko pamiętam, zresztą mam już swoje lata. Staram się rozmawiać z panem bardzo ostrożnie. Ale ta wiedza przepaść nie może, to nasza historia.”
Dziś, po kolejnym ćwierćwieczu mógłbym dosłownie powtórzyć zdanie pułkownika Szostaka.
Andrzej Wilczkowski
|
|
Komentarzy:
3
|
|
Powstanie Warszawskie
czwartek, 11 sierpień 2011, 17:22
|
Ostatnio na kanale Discovery Historia oglądałem program o Bułhakowie. Dopiero wtedy dowiedziałem się jakie było pierwsze autorskie zakończenie „Mistrza i Małgorzaty”.
Otóż Woland opuszczając Moskwę mówi do swoich towarzyszy: „Wyjeżdżamy. Nic tu już po nas. Zrobiliśmy wszystko co do nas należało. Resztę załatwi on sam – Stalin”.
Kiedy Bułhakow napisał to zdanie? Ostatnią kropkę pod ostateczną wersją rękopisu postawił podobno 28 maja 1938 roku, ale poprawki wprowadzał jeszcze w lutym 1940, a umarł 10 maca tegoż roku. Nikt chyba nie ma złudzeń, że to zakończenie zostało w tamtych czasach w jakiś sposób opublikowane.
Czy ważna jest ta data. Może idę za daleko w „myśleniu magicznym” ale 38 rok świadczyłby o tym, że bułhakowowski Woland przewidział II wojnę światową.
Ale dlaczego łączę Wolanda z Powstaniem? Nie Wolanda – proszę państwa, tylko tego, któremu szatan dał wolną rękę – żeby załatwił resztę.
Ostatnio trochę się mówi o tym, że Hitler wydał rozkaz, że Warszawa ma być zrównana z ziemią, a jej mieszkańcy wybici do nogi. Ja już dawno słyszałem o tym rozkazie, ostatnio wzbogaciłem moją wiedzę o datę. Podobno gaulajter Warszawy ogłosił dyspozycję wodza w dniu 1 sierpnia. Taka data enuncjacji gaulajtera niesie prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że zamiary Hitlera dotyczące losu Miasta i Warszawiaków były znacznie wcześniejsze.
Jeżeli tak miało być z woli Hitlera (a dlaczego nie, jeśli w wyniku jego rozkazów zamieniono w perzynę wiele niemieckich miast.) No więc w takim przypadku wszelkie dywagacje – czy polski zryw był potrzebny – czy nie – tracą sens. Liczebnie – AK w Warszawie to siły trzech dywizji, bardzo słabo uzbrojonych – to fakt, ale taka masa nawet najgorzej uzbrojonego wojska nie mogła patrzeć spokojnie na zagładę miasta. Ale to ciągle jest uproszczenie.
Tak sądzę, bowiem Hitler mógł wydać taki rozkaz – świadom zbliżającej się klęski powodowany jedynie uczuciem nienawiści do Polski i Polaków. Dla Stalina to bardzo ważne posunięcie polityczne.
Wtedy – 1 sierpnia w Warszawie niemal z pierwszymi strzałami – pojawiły się w oknach i na budynkach biało-czerwone flagi. Wydobywano je ze schowków, lub szyto naprędce, Mnóstwo ludzi płakało ze szczęścia. W dwa miesiące później – drugiego października – tłumy ludzi wychodziły ze zgładzonego miasta bez środków do życia, pozbawione dachu nad głową, niepewne życia. Dziś ludzie nie są w stanie tego zrozumieć. Dziś się pytają – czy rzeczywiście konieczna była ta hekatomba, czy musiało dojść do zagłady miasta?
Nikt – nawet najlepszy historyk – nie może na to odpowiedzieć w sposób zadawalający, bowiem zupełnie nie wiemy jak potoczyłyby się wypadki gdyby nie wybiła „godzina zero”.
Ale dywagować można. Żadne powstanie nie było konieczne. Od 1 sierpnia do chwili wejścia armii czerwonej do Warszawy minęło niemal pół roku. Gdyby ludzie szli na rzeź bez żadnego oporu Niemcy zdążyliby wypełnić wolę wodza.
Otóż – uważam – że gdyby nie było powstania Warszawa zostałaby totalnie zniszczona tak czy inaczej. Białe plamy w moim rozumowaniu być może historycy w sposób przekonujący zabarwią, na podstawie dokumentów, za następne pół wieku, ale główna teza jest widoczna od dawna i jakoś słabo eksponowana.
Otóż po wybuchu powstania front na wschodzie zamarł. Według posiadanej przeze mnie wiedzy po prostu pancerne jednostki sowieckie nie zostały zaopatrzone w paliwo i stanęły. Tę wersję znam od kilkudziesięciu lat. Ostatnio przeczytałem w Internecie opracowanie chyba mojego równolatka, że po wschodniej stronie Wisły w dn. 5 sierpnia zaczęła się wielka bitwa pancerna, którą armia czerwona przegrała i dlatego do Warszawy przestały docierać odgłosy zbliżającego się frontu. Autor ponadto nie wierzy, że Rokossowski już w połowie sierpnia meldował Stalinowi, że jest gotów do zajęcia Warszawy.
Fakt powolnego zamrażania frontu musiał być widoczny jak na dłoni nie tylko dla niemieckich oddziałów frontowych, ale i dla całego sztabu generalnego wermachtu – a nie siedzieli tam głupcy. Jeżeli nawet założymy, że Niemcy opierali się jedynie na obserwacjach, to tak prawidłowo ocenili intencje i przyszłe ruchy przeciwnika, że aż dziw bierze. W końcu przyczółek magnuszewski powstał dokładnie w dniu 1 sierpnia i to w godzinach porannych a od połowy sierpnia praktycznie się nie rozszerzał i tak dotrwał do stycznia.
Powstanie trwa dwa miesiące i kapituluje. Przez ten czas front na terenie Polski nie przesunął się w żadnym miejscu w sposób znaczący. Płyną następne dni, tygodnie, miesiące. Na zachodzie alianci przeszli już nieomal przez całą Francję. Powstanie się skończyło, a front wschodni nadal tkwi w miejscu. Warszawa opustoszała, ale jest nadal intensywnie rabowana i burzona. Są jednak korekty w stosunku do planów Hitlera – w każdym razie do tej wersji jaką znałem od lat. Mianowicie – nie całą ludność wymordowano a i z substancji budowlanej zostało około 15%.
Od października armia czerwona wojuje na Węgrzech i dalej na Bałkanach. A przecież Stalin ma swoje ambicje. Chce być pierwszy w Berlinie. Front jednak ani drgnie. Co go broni? Otóż tak naprawdę bronią go jedynie niewielkie oddziały saperów niszczących Warszawę. Dopóki słychać odgłosy wybuchów świadczących, że w mieście walą się resztki domów, nikt nie zabiera się do forsowania Wisły, mimo że przyczółek na lewym brzegu jest już od dawna.
Po kilku tygodniach od upadku powstania niemiecki sztab generalny decyduje się na ofensywę w Ardenach. Przygotowywana jest starannie. Atak zaczyna się dopiero w dniu 16 grudnia 44 roku. W operacji bierze udział 25 dywizji w tym 7 pancernych. Część sił ściągnięto z oniemiałego frontu w Polsce. Planując tę operację wermacht liczy na jeszcze co najmniej miesiąc spokoju na wschodzie, ale się przelicza. Wprawdzie w ostatnich tygodniach z opustoszałej Warszawy dobiegają już tylko dźwięki fortepianu, na którym gra Szpilman, ale w niecały miesiąc po ustaniu walk powstańczych czyli w październiku Rosjanie wkraczają na Węgry. W grudniu oblegają Budapeszt. Bardzo krwawe walki toczą się tam równolegle z ofensywą w Ardenach. Sztab Armii Czerwonej planuje ofensywę na kierunku berlińskim dopiero na 20 stycznia 45 roku. Jedynie na osobistą prośbę Churchilla Sowieci wyruszają o 8 dni wcześniej. Ale już wówczas wiadomo, że ofensywa w Ardenach dogorywa i Niemcy żadnych znaczących sukcesów już nie osiągną. Zanim jednak to nastąpiło wermacht pokazał jeszcze zachodnim aliantom swoje zęby.
Pytanie – które się nasuwa – po co ta awantura w Ardenach. Już przecież co światlejsi stratedzy i politycy niemieccy rozmyślali nad tym jak powstrzymać armię czerwoną, a jeśli się poddać to Amerykanom i Anglikom.
Wszyscy dowódcy niemieccy operujący na froncie wschodnim musieli sobie zadawać pytanie – co po odkryciu niemieckich zbrodni na terenie Rosji zrobi armia czerwona kiedy wejdzie na teren Niemiec. Ofensywa na zachodnim froncie była potrzebna jedynie Stalinowi. Dawała mu czas i głęboki spokój, że nikt nie ubiegnie go w zdobyciu Berlina. Opóźniła posuwanie się aliantów o dobry miesiąc.
Jakie wnioski można wyciągnąć z tak obnażonego z wszelkich aneksów schematu? Pierwszy, który się nasuwa – to aż strach pomyśleć – że była jakaś tajna umowa pomiędzy Niemcami i Stalinem, że dopóki Warszawa nie zostanie doszczętnie zniszczona – to front nie drgnie. Taki domysł jest z punktu widzenia historycznego nieuprawniony, bowiem dotychczas nie odkryto żadnych śladów takiej zmowy, ale bo to jeden spisek nie znalazł żadnego potwierdzenia na piśmie? Jak już pisałem odkryto ślady hitlerowskich zamiarów zniszczenia Warszawy przed jej oddaniem. Rzecz w tym, że Hitler – poza nienawiścią do tego miasta – nie miał żadnego interesu w jego unicestwieniu i to jeszcze przy użyciu deficytowych (zwłaszcza w rejonach przyfrontowych) środków burzących, natomiast Stalinowi musiało na tym bardzo zależeć. Miasto, które przez pięć lat nie poddało się jednemu okupantowi mogło – gdyby zostało nienaruszone – strasznie dokuczyć następnemu. Wyszkoleni ludzie, magazyny broni, cała infrastruktura podziemna – to była jedna wielka mina podłożona sowietom. Oni musieliby to wszystko niszczyć, jeszcze długo po wojnie, jednocześnie tłumacząc zachodowi, że w Warszawie „tiszyna”.
Będzie bardzo dobrze, jeśli czytelnicy zechcą nie przyznać mi racji. Niech się ze mną kłócą – tu w blogu, czy w myślach. Ilekroć będą starali się w swoich intelektualnych rozważaniach udowodnić sobie, że powstanie nie miało sensu – o coś się potkną. Dlatego kończę jakby w pół zdania nie roztaczając infernalnych obrazów niszczenia miasta wraz z bezbronną ludnością przez niemieckiego okupanta w przypadku gdyby nie było powstania, czy też rozpraw z podziemną Warszawą dokonywanych przez sowieckiego okupanta, gdyby materialne i ludzkie struktury miasta nie ucierpiały podczas przejścia frontu.
Proszę tylko w swoich dywagacjach nie ruszać frontu. Front w Polsce stanął w pierwszych dniach sierpnia i tak stał niemal przez pół roku i taka jest prawda historyczna, a przecież Stalinowi bardzo zależało na zdobyciu Berlina. Miał wprawdzie umowę w tej sprawie z zachodnimi sprzymierzeńcami, ale – jak sądzę – nie specjalnie im ufał. Taki Patton na przykład był zupełnie nieobliczalny.
Andrzej Wilczkowski
P.s
Do tematu chyba jeszcze wrócę, bo chciałbym dorzucić jeszcze kilka słów o rozmowach, które prowadziłem na ten temat z płk. Szostakiem na początku lat ’80.
AW.
|
|
Komentarzy:
5
|
|
Przerywnik
wtorek, 12 lipiec 2011, 18:26
|
Opowieść o starym cyganie jest jedynie przerywnikiem w opowieści o okupacji.
Spróbuję w następnych odcinkach przedstawić bardzo ważne relacje dość wysoko postawionych oficerów czynnych podczas całych niemal sześciu lat wojennych zmagań. Z częścią z nich zetknąłem się, kiedy oni byli już w podeszłym wieku a ja – namówiony przez Apoloniusza Zawilskiego, którego znałem już wcześniej – zabierałem się do pisania mojej książki o walkach kawalerii w Kampanii Wrześniowej. Książka zakrojona początkowo znacznie szerzej ostatecznie skończyła się na drobiazgowym opisie bitwy pod Mokrą w dniu 1 września stoczonej przez Wołyńską Brygadę Kawalerii.
Poza żołnierzami WBK i moim przyjacielem Apoloniuszem Zawilskim, autorem takich książek jak Bitwy Polskiego Września czy Polskie Fronty udało mi się namówić do współpracy takich ludzi jak płk Józef Szostak (Filip), którego relacje się w mojej książce pojawiają sporadycznie ale w rzeczywistości jest w niej cały nurt jego wiedzy o kawalerii, Kampanii a potem okupacji. Przez ostatnie lata życia pułkownika udało mi się zbliżyć do domu państwa Szostaków, ale pułkownik umiał utrzymywać ogromny dystans. Nie mniej w latach 1980 – 84 odbyłem z nim około kilkunastu rozmów, które nie zawsze zapisywałem, bo stan był wojenny. Pułkownik zmarł w lutym 1984 roku.
Ogromną pomocą była dla mnie wiedza płk Konstantego Kułagowskiego, który wprawdzie zmarł w 1977 roku zanim ja zacząłem pisać o kawalerii ale przez kilkanaście lat spotykaliśmy się niemal co tydzień w klubie jeździeckim, początkowo razem jeżdżąc konno i to on ostatecznie ułożył mi „nogę do konia”.
Z wielkich wojowników poznałem jeszcze Zygmunta Waltera-Janke który jako szef sztabu okręgu łódzkiego AK był przez pewien czas zwierzchnikiem mojego ojca o czym dowiedział się dopiero grubo po wojnie.
Tak się dziwnie plotą ludzkie losy.
AW
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Gdzieś w ciemnym borze
wtorek, 21 czerwiec 2011, 18:31
|
Dość natarczywie nawiedza mnie od dobrych kilku lat piosenka z repertuaru Mietka Święcickiego – a śpiewała ją również Ewa Demarczyk – o staruszku Cyganie. (Będę miał pewne kłopoty z wiernym odtworzeniem tekstu bo wszystko z pamięci, ale podstawowych błędów nie zrobię.) Cygan ów przez całe życie grywał na skrzypcach w jakiejś ekskluzywnej restauracji, a na starość przeniósł się na wieś. I to dość głuchą.
Autor tekstu (podobno Julian Tuwim – ale wczesny, bo to śpiewała jeszcze moja matka) tak charakteryzuje warunki życia artysty:
„Gdzieś w ciemnym borze mieszka nieboże
cygan staruszek od wielu już lat
Słodkie piosneczki z jego skrzypeczki
niegdyś bawiły – dziś nie chce ich świat”.
Tu pierwsze komentarze. Po pierwsze słowo – cygan.
Nawet Ewa nie zdecydowała się na poprawność polityczną i nie zmieniła tego na „Rom staruszek”, więc i ja pozostanę przy cyganie. Po drugie dość lakoniczne określenia warunków bytowania nie wskazują, żeby to była willa podmiejska – raczej chatka i jeszcze bez dostępu światła słonecznego. Nie mówiąc o innych luksusach.
No więc ten staruszek zaczął chorować na serce i czuł, że to już niedługo będzie po wszystkim. W tej sytuacji przyszło mu do głowy, że jeszcze raz pójdzie do miasta i zagra w tym samym lokalu co niegdyś. No i pyta żony
„gdzie są me skrzypki lipowe...?”
I w tym miejscu wietrzymy totalną klęskę, która musi go spotkać.
Jeśli on nie wie gdzie są jego skrzypce – to ostatnio na nich nie grał. A jest to instrument na którym stale należy ćwiczyć. Może schowała mu je żona nie mogąc już znieść wiecznego wodzenia smyczkiem po strunach. Może sam gdzieś je wsadził i zapomniał gdzie. A i instrument „po wielu latach” też musiał być w fatalnym stanie.
W każdym razie skrzypki się znajdują i Cygan wyrusza w drogę.
Opis podróży jest wręcz infernalny.
„Więc idzie stary, przez pola jary
starość mu ciąży na plecach jak garb
pot zeń się leje, idzie kuleje
Pod pachą ściska skrzypeczki – swój skarb.”
Trudno zaiste zrozumieć dlaczego szedł przez pola i jary a nie normalnie drogą, ale nie ulega wątpliwości że dotarł do miasta w opłakanym stanie, a kiedy zobaczył znajomy budynek sytuacja się jeszcze pogorszyła.
„... i drży
serce mu wali bo niegdyś w tej sali
jego piosenek słuchano i gry”
Mimo, że nie wyglądał zachęcająco wpuszczono go do lokalu. Tu wygłosił całe expose.
„Przepraszam mości panowie
czy mnie pamięta ktoś z was
grałem tu niegdyś przed laty
pieśnią miliłem czas...
Chcę zagrać jeszcze raz w życiu
tę starą piosenkę swą”
I tak dalej...
Tu w tekście jest niewybaczalna luka. Jak wynika z przytoczonej strofki podchmieleni goście wysłuchali całej dość długiej oracji. Brakuje tylko informacji czy pozwolili mu zagrać. Przypuszczam że tak i to dopiero spowodowało klęskę. Stare, nie konserwowane skrzypeczki, niesione pod przepoconą pachą nie miały prawa wydać z siebie właściwych dźwięków a i grajek też zapomniał jak to się robi.
No i doczekał się.
„...wtem ktoś wyskoczy
śmiechem ochoczym
mości panowie ten oszust z nas drwi.
Włóczęgo fora z pańskiego dwora
Ej kelner, nuże, otwieraj mu drzwi”.
Skończyło się fatalnie.
Wyrzuceniem za drzwi i w kilka minut później śmiertelnym zejściem artysty.
Tak sobie myślę, że to nie buta i niechęć biesiadujących gości doprowadziła do tak marnego końca biednego grajka. To on sam skazał się na klęskę. Do ludzi trzeba mieć z czym przyjść. Im człowiek jest starszy, tym częściej musi sprawdzać, czy ma jeszcze coś do zaoferowania społeczeństwu. Kiedy zauważy pierwsze oznaki, że już jest gorzej niż było, musi się zacząć wsłuchiwać w to, co o nim mówią. Jeśli zaczynają wybrzydzać – ci sami, którzy wcześniej chwalili – to należy zaszyć się w swoim ciemnym borze i siedzieć cicho. Błąd starego cygana nie polega na tym, że chciał zagrać swoją piosenkę na zakończenie ziemskiej egzystencji – tylko na tym, że zrobił to w fatalnym stylu przed ludźmi z zupełnie nowej generacji.
Powiedział ktoś bardzo mądry – nie wraca się do spraw zamkniętych losem, chyba po klęskę.
Od siebie dodam: Kiedy siedzisz w swoim „ciemnym borze” możesz jeszcze mieć nadzieję, że jeśli zrobiłeś dla ludzi coś dobrego i cię pokochali – to sami przyjdą.
Cały mój wywód kieruję głównie do twórców, tych którzy na starość chcieliby ogrzać sobie ręce w ludzkiej życzliwości. Możemy się przeziębić. W moim przekonaniu wszystko zależy od tego z czym się do ludzi przychodzi – z sercem, czy tylko z coraz bardziej rozstrojonymi skrzypkami. Nie ma co liczyć na to, że się będzie świeciło światłem odbitym od siebie samego sprzed lat. Prawa fizyki są nieubłagane. Kąt padania równa się kątowi odbicia.
A jednak – ciągle jeszcze ryzykuję.
Andrzej Wilczkowski
|
|
Komentarzy:
6
|
|
powstanie gostynińskie
sobota, 04 czerwiec 2011, 18:40
|
W kilka lat po wojnie ojciec powiedział mi: najtrudniej było nieść pomoc umysłowo chorym. Różne schorzenia dają ogromne różnice w widzeniu i pojmowaniu świata. Dlatego też trudno mówić o społeczności w sensie socjologicznym.
Rozmowa miała miejsce w roku 1949 kiedy to w przypływie młodzieńczej zapalczywości zarzuciłem ojcu, że przyjął od czerwonych stanowisko konsultanta krajowego ds. psychiatrii. Ojciec z trudem opanował gniew.
– W tej rozgrywce moje poglądy się nie liczą. W pięć lat od zakończenia wojny chorzy umysłowo w Polsce nie mają co jeść i śpią po trzech na jednym szpitalnym łóżku, albo i na podłodze. Oni nie wiedzą i nie będą wiedzieli – kto nami rządzi. Przeczytaj sobie raporty z niektórych szpitali. Kto ma im pomóc?
Zdjął z biurka kilka maszynopisów i mi podał.
Wziąłem, przeczytałem. To był koszmar.
Wróciłem do ojca po godzinie
– I co – uśmiechnął się już zupełnie spokojnie – dziwisz się?
– Nie, nie dziwię się, przepraszam.
– Ci chorzy nie ostali się od czasów przedwojennych. Oni się rozchorowali – kiedy tamtych zabijano. Dzisiejsze strzelanie też nie wpływa dobrze na zdrowie psychiczne ludności. Nie każdą jaźń ludzką Pan Bóg obliczył na warunki ekstremalne.
Taka to była rozmowa.
Wróćmy do czasu okupacji. Na początku roku 1942 już w Gostyninie nie było chorych umysłowo. Szpital zamieniono na placówkę chorób płuc. Ojciec zdecydował się na „przebranżowienie”. Niedługo był pulmonologiem. W dn. 18 marca 42r. gestapo wykryło placówkę AK na terenie szpitala. Aresztowano 25 pracowników – tym również ojca. Rodziny aresztowanych zostały usunięte z mieszkań, – po prostu - na bruk. Nas przygarnęła rodzina państwa Kruków z wioski Mniszek. To była bardzo uboga wioska. Dziesięć gospodarstw, szczere piachy. Gospodarstwa od 2 do 3 hektarów. Na całą wieś po kampanii wrześniowej ostał się 1 koń.
Nie mieliśmy z czego żyć. Matka znała perfekcyjnie język francuski, mogła również udzielać lekcji muzyki i śpiewu. Niestety, cała jej wiedza i wszelkie umiejętności okazały się na Mniszku bezużyteczne.
Tak, nieco głodując i trochę marznąc przebidowaliśmy na wsi całą zimę i942/43. Bez pomocy mniszkowych gospodarzy byłoby to niewykonalne. A byliśmy przecież bardzo niewygodni. Odium pomocy rodzinie buntownika spadało na całą wieś.
Późną wiosną 1943 roku przeprowadziliśmy się do Gostynina. Siostra skończyła 14 lat i musiała zacząć pracować, żeby jej nie wywieźli na roboty. Mama dostała pracę kierowniczki miejskiego sklepu warzywnego, w którym była jedynym personelem. Sklep i mieszkanie na zapleczu znajdowały się na terenie zlikwidowanego na jesieni 1942r. getta. Warunki były koszmarne. Wychodek na podwórku, drzwi wejściowe – prosto z kuchni „na „pole” przymarzały do framug przez całą zimę. W nocy trzeba je było odrąbywać siekierą. Poza kuchnią była jedna izba gdzie nogi łóżek zapadały się w spróchniałą podłogę. Tak mieszkaliśmy w piątkę, a przez ściany sklepu przegryzały się karaluchy. One też chciały żyć. Na szczęście, mając co jeść w sklepie dawały nam spokój w domu.
Śledztwo i proces grupy szpitalnej AK trwały długo. Na początku nikt z nas nie zdawał sobie sprawy jak poważne są zarzuty. W drugiej połowie 1943 roku zapadły wyroki. Były 4 kary śmierci. Ojciec mój dostał jedynie 12 lat za chęć oderwania powiatu gostynińskiego od rzeszy.
Całość w zrębach poznałem dopiero pod koniec lat ’60, mniej więcej w 10 lat po śmierci ojca.
A było to tak…
… Kiedyś tam, gdy byłem już w wieku dojrzałym, zaczęły mnie dręczyć rozliczne choroby. Zbolały, rozbity psychicznie, głęboko przekonany o niesprawiedliwości losu, który – jak uważałem – dopadł mnie zbyt wcześnie, pragnąłem tego, czego podobno pragnie każdy szanujący się jaźwiec – schronić się w jamie. Gdzież można znaleźć lepsze schronienie na czas rekonwalescencji jak nie w kraju dzieciństwa. A więc Gostynin. Po śmierci ojca byłem tam kilkukrotnie, między innymi na uroczystości nadania szpitalowi jego imienia. Potem jednak nastąpiła długa przerwa. Niemniej, kiedy zadzwoniłem do dyrektora, bez długich wyjaśnień z mojej strony powiedział: „niech pan przyjeżdża”.
Zdawałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa takiego zderzenia z młodością, ale jakaś nieprzeparta siła ciągnęła mnie do tej konfrontacji.
I pojechałem. Kiedy minąłem już miasto, wydostałem się na szosę, której nieomal każdy metr wywoływał z pamięci jakieś wspomnienie.
Boże miłosierny, ileż tego się nazbierało. Minąłem zakręt koło gajówki i wydostałem się na ostatnią prostą. I wtedy pozostało już tylko jedno wspomnienie. Obraz ojca stojącego przed bramą – bramą bez muru wiodącą do szpitala. Teraz było pusto, a on stał jak wtedy, kiedy ostatni raz przyjechałem, aby zabrać go stąd, gdzie również wypoczywał po ciężkiej chorobie. Stał wtedy w grupie osób i czekał na mnie. Był zupełnie siwy. – Odbijał się od tła szarością garnituru i tą siwizną, która dopiero wtedy rzuciła mi się naprawdę w oczy. Chodziliśmy potem po znanych mi od dzieciństwa alejkach, które jednak były inne.
– Patrz na te drzewa, które sadziłem – mówił – jak one porosły. – Patrzyłem.
– Patrz na te żywopłoty. Wtedy były takie malutkie – patrzyłem.
I wtedy chyba zapytałem go, co uważa za cel życia.
– Celem życia jest dążenie do nieśmiertelności. Kobiecie jest łatwiej. Przedłuża się w dzieciach. W tych sprawach nasz udział jest znacznie skromniejszy. Mężczyzna musi realizować się inaczej, aby mieć poczucie, że coś po nim zostało. Chcę, żebyśmy się dobrze zrozumieli. To ty sam masz mieć to przeświadczenie.
Nie licz raczej na ludzką pamięć. Jeżeli ludzie będą o tobie pamiętali – miałeś po prostu szczęście, ale działalność, celowa działalność, tylko po to, żeby pamiętali, to może przynieść jedynie zawód. Zawsze ci będzie za mało. Zostaw coś po sobie, żeby mieć spokój w chwili odejścia.
– Choćby drzewa?
– Choćby drzewa – potwierdził. I takie było jego rozstanie z Gostyninem. Teraz, kiedy chodziłem sam po tych alejkach, gdzie drzewa jeszcze porosły, przypominały mi się jego słowa, kiedy leżał już na łożu śmierci.
– Jeszcze dwa lata, jeszcze tylko dwa lata. Zostało jeszcze tyle do zrobienia. Los mu nie zaborgował tych dwóch lat, a więc odchodził bez poczucia spełnionego życia. Wtedy nagle zrozumiałem różnicę.
Można odchodzić w poczuciu bankructwa, nieudanego życia, po zakończeniu wszystkich swoich spraw, w poczuciu miałkości wszelkich swoich poczynań. Ale kiedy się odchodzi z żalem, myśląc o dziełach niespełnionych, oznacza to, że uznało się swoje życie za użyteczne, że czyny – i te dokonane i te planowane – miały dla nas samych jakiś cel głębszy.
Dostałem dobry pokój i początkowo miałem zamiar spędzić pierwszy wieczór samotnie. Okazało się to jednak zbyt trudne psychicznie. Był to w gruncie rzeczy idiotyczny pomysł, przyjeżdżać na rekonwalescencję – zwłaszcza psychiczną – w miejsce, gdzie już nie drzewa, a każdy krzak przypomina nam o przemijaniu, gdzie po zapisanym tekście życia jeździmy kursorem pamięci jak chcemy, albo zgoła jak nie chcemy. On sam jeździ wyrwawszy się spod jakiejkolwiek kontroli.
Usiłowałem coś czytać, ale nie wychodziło. Szaleństwo rozliczeń z czasem przeszłym opanowało mnie do granic wytrzymałości. Kilkakrotnie macałem w kieszeni kluczyki od samochodu. Cóż prostszego – nie trzeba nawet zabierać rzeczy, wystarczy po prostu wyjechać, przebyć trasę zaledwie osiemdziesięciu kilometrów, znaleźć się w domu. Jutro mogę już wrócić.
Co mnie powstrzymało od takiego rozwiązania? – Chyba ambicja. Mamy taką ambicję na własny użytek. Doprowadza ona do uczucia wstydu przed sobą samym. Akurat to jest najlepszy gatunek ambicji, choć czasem okropnie niewygodny.
Postanowiłem odwiedzić kogoś ze starych znajomych. Z moich kolegów i przyjaciół lat dziecinnych, z którymi najpierw bawiłem się w piasku, a potem przeżywałem lata okupacji i pierwszy powojenny okres, już tu nie było. A nawet gdyby byli, to co?
Przyjechałem z „wielkiego świata” do zaszytych w głuszy lasu, do którego ja tęskniłem, a oni może mają go dosyć. Ani oni nie wyleczą mojej chandry, ani ja dziś nic nie pomogę im w ich kompleksach.
Pozostawał pan Wawrowski. O nim przecież ojciec wyrażał się w samych superlatywach. Pamiętam zwłaszcza jeden z fragmentów jego opowieści.
– Tylko zeznania Antoniego mogły mnie pogrążyć. On jeden wiedział o moim prawdziwym zaangażowaniu w konspirację. Na terenie szpitala byłem zupełnie czysty. Reszta z aresztowanych nie wiedziała o mnie nic. Nawet tak zwanych „gazetek” od nich nie brałem. Do moich obowiązków w konspiracji należało między innymi nadzorowanie gromadzenia broni na dość dużym obszarze. Pojawił się kiedyś problem doprowadzenia do stanu użyteczności rkmu wykopanego w lesie z kampanii wrześniowej. Zwróciłem się z tym do Antoniego. Powiedziałem, o co chodzi i zapytałem, czy zna jakiegoś rusznikarza. – Zrobimy – taka była jego odpowiedź. Nie zdążyliśmy nic zrobić, bo nas wkrótce zamknęli, ale on jeden wiedział. Bito go strasznie. Nie powiedział nic. Wiadomo. Stary konspirator, jeszcze z POW.
No i poszedłem do Wawrowskich. Bardzo się ucieszyli oboje. Niestety, pan Antoni nie chciał mnie już nazywać „koleżką”, mimo moich nalegań.
– Nie, to już nie te czasy – wymigał się.
– A ja ciągle będę pamiętał, jak pan ratował moich ołowianych żołnierzy, którym pourywały się podstawki. To byli później najlepsi wojownicy. Jak ojciec strzelał gumką myszką, oni jedni się nie przewracali. A potem, pamiętam, że pana przywieźli na wozie rannego po Kampanii. Myśmy już wrócili. Ludzie się zbiegali, a pan podniósł rękę i wyglądał jak rycerz na płycie nagrobnej w kościele. Okropnie się przestraszyłem, że pan umiera.
Wawrowski się roześmiał: – Jak pan widzi, ciągle żyję.
Poczęstowano mnie kawą, o którą akurat wtedy było bardzo trudno. Szklanki stały przed nami przykryte spodeczkami z kożuchem fusów, które nie chciały opadać, a pan Antoni sumitował się, że może tam na świecie to się parzy kawę inaczej, ale oni piją rzadko i tak właśnie ją przyrządzają, ale może ja lubię inaczej... Lubiłem właśnie tak, i z przyjemnością patrzyłem, jak zmielone w ręcznym młynku ziarenka powoli opadają na dno, odrywając się od reszty.
O swoim życiu można opowiadać bardzo długo albo w telegraficznym skrócie. Wybrałem ten drugi sposób, odpowiedziałem jeszcze na kilka pytań i temat się skończył. Z kolei ja zadałem pytanie, jak im się powodzi, dostałem lakoniczną odpowiedź – że dobrze – i znowu mieliśmy przed sobą wolne pole.
Zapytałem najpierw o Jasię. Otrzymałem informację, że mieszka w Płocku, urządziła się nieźle, za mąż nie wyszła.
Potem przeszliśmy na aktualne problemy szpitala. Nie ukryję, że czekałem na jakieś porównania z czasem, kiedy rządził w nim ojciec. Łaknąłem jego obecności, zwłaszcza tu w Gostyninie, który dla mnie po prostu nie istniał bez niego. Nie zawiodłem się. Pan Antoni lojalnie przyznawał, że szpital nadal się rozwija, wyrażał się pozytywnie o obecnym dyrektorze, ale odniosłem wrażenie, że dla niego, jak i dla mnie, duch ojca unosi się nad tym miejscem.
Zabrnęliśmy w przeszłość, w poplątane ludzkie losy, we wspomnienia pierwszych lat szpitala, potem w czas wojny...
– Pański ojciec był wielkim człowiekiem – powiedział w końcu.
To był trudny moment. Oczywiście, na mój prywatny użytek zawsze tak uważałem. Teraz usłyszałem to od innego człowieka. Zawsze mówiono o ojcu wiele dobrego. Szpital, w którym się znajdowałem, nosił jego imię, poświęcono mu jeden z pawilonów szpitala w Kochanówce, ale to ciągle nie to samo, co usłyszeć takie zdanie w prywatnej rozmowie. Szukałem jakiegoś sformułowania, żeby trochę zaprzeczyć, ale nie zbyt mocno. Pan Antoni się uśmiechnął. – Widzę, że pan niewiele wie o swoim ojcu.
– Wie pan, jak człowiek jest młody, to ma tyle do roboty! Myśli, że ciągle jeszcze zdąży, a potem można już tylko żałować.
– To ja panu powiem, bo ja wiem, dlaczego tak mówię. Tam w obozie wiedzieliśmy, kto nas rozszyfrował i nie mieliśmy złudzeń, że wymigamy się od więzienia, a może i od śmierci.
Tamten zebrał o naszej organizacji bardzo dużo informacji. Nie wiedział tylko o pańskim ojcu. Ojca zabrali po prostu na wszelki wypadek, bo był przecież dyrektorem szpitala, był oficerem i oni nie wierzyli, żeby on tego wszystkiego nie organizował. Tymczasem on był wyżej, w komendzie okręgu. O jego robocie wiedziałem tylko ja, ale jakoś znosiłem śledztwo i nie chciało mi się mówić... To nie dlatego, że byłem taki dzielny. Gdybym powiedział, że coś wiem, to bym pewnie już tu nie siedział. Trzymaliśmy się zasady, że to był krąg ludzi lokalny, że żadnych powiązań poza szpitalem nie było.
– No, a bibuła – wtrąciłem – o gazetkach niby nikt nie wiedział, skąd się brały.
– Mówiliśmy, że to chyba ten kapuś przynosił. Cała sprawa nie wyszła poza szpital. Gazetki zresztą to nie było to. Nas oskarżono o organizację wojskową. O posiadanie broni, o chęć wywołania powstania.
– No i chyba tak było. Byliście przecież w ZWZ.
– Oczywiście, że tak było. Tylko, że broni nie znaleźli, radia też nie.
– A pamiętam, jak szukali – wtrąciłem – przywieźli jednego z aresztowanych i on pokazywał miejsc, a gdzie była zakopana. W okolicach szamba, w tych wałach ziemnych.
– I ona tam była. Ktoś musiał przenieść po naszym aresztowaniu. W końcu nie wszyscy wpadli.
– A potem, co się z nią stało?
– Ależ pan ciekawy. Powiedzmy, że nie wiem...
Fizyczny fakt istnienia gdzieś zakopanej w latach wojny broni, którego domyśliłem się ze słów pana Antoniego, zbliżył mi nagle całą sprawę tak, jak daleki horyzont zbliża się nagle z chwilą podniesienia lornetki do oczu.
– Ale to nie ten rkm, o którym pan rozmawiał z ojcem.
– Powiedział panu?
– Tak, to akurat powiedział.
– Nie. To całkiem inna broń. Rkm z „Okręgu” do mnie nie dotarł. Ale co tam jeden rkm – zapalał się pan Antoni. – Jak pan wie, mnie tu nie było, bo poszedłem wojować i trochę mnie pochlastali. Ale wtedy, tu do szpitala zwozili rannych z bitwy pod Kutnem i nie tylko. Podobno bardzo wielu nie chciało się rozstać ze swoją bronią. Potem – jak się trochę podleczyli, to tu już byli Niemcy. To chłopak zostawiał karabin jako podziękowanie za leczenie.
– I dużo było takich wdzięcznych – zapytałem jak kretyn.
Wawrowski tylko się uśmiechnął.
– Przecież panu mówiłem, że mnie tu nie było.
Potem zaczął mówić o pierwszych tygodniach po aresztowaniu.
Oni zrobili błąd – ciągnął – W pierwszej fazie, jeszcze w Inowrocławiu, mogliśmy się ze sobą kontaktować. I wtedy ustaliliśmy, żeby ojca wyłączyć zupełnie z naszych zeznań. Może on przeżyje i wtedy zajmie się naszymi rodzinami... Gdyby co...
– I on się na to zgodził?
– A pan myśli, że to źle?
– No, nie wiem...
– To niedobrze, że pan nie wie. Jakoś pan źle pojmuje solidarność organizacyjną. On nie był obciążony tak jak my. Miał się sam oskarżać? A ci, co nie zostali aresztowani i nas uratowali od śmierci, bo przenieśli zakopaną broń? To co, mieli pójść i powiedzieć: „My też! Jeszcze o nas zapomnieliście!”. Dla nas ta sprawa była zupełnie prosta. Po prostu tylko należało o nim zapomnieć, tak jak i o tamtych, co pozostali na wolności. Tak było lepiej i dla nas, i dla naszych rodzin. Kłopot był tylko jeden – żeby gestapo w to uwierzyło. Ojciec pański bardzo im pasował na stanowisko dowódcy grupy. No i w końcu go dorwali.
Pamiętam ten dzień. Stałem najbliżej drzwi pokoju przesłuchań przodem do ściany z rękami do góry. Obok stał pański ojciec. Właśnie wyprowadzili z przesłuchania siostrę S. i pielęgniarza N. Kiedy przechodzili obok, siostra szepnęła ojcu: – Proszę się do wszystkiego przyznać, myśmy wszystko powiedzieli...
– Przecież pan mówił, że oni nic nie wiedzieli.
– Kiedy człowieka biją któryś dzień z rzędu, to on może opowiadać różne rzeczy.
– I co, ojciec przyznał się?
– Nie, ale przesłuchanie było straszne.
Wawrowski na chwilę zamilkł, pomieszał kawę w szklance i wypił dwie łyżeczki.
– Tych dwoje potem Niemcy wypuścili...
– Tak, pamiętam, jak wrócili. Wszyscy się cieszyli, że chociaż oni, znaczy sprawa nie jest taka straszna, ktoś wraca. To był czas nadziei. A w kilka miesięcy później zawiadomienia o wyrokach śmierci...
– Potem, po wojnie, – ciągnął Wawrowski – jak ojciec wrócił z więzienia, to ona uciekła z Gostynina. A kiedy ojciec pański zaczął od nowa organizować szpital psychiatryczny w gołych murach, które tu zostały, to się o nią zapytał i powiedzieliśmy mu, że uciekła. A ojciec: „Powiedzcie jej, niech wraca do pracy, szpital musi ruszyć. Jest nam bardzo potrzebna”. Wiem, że do Łodzi po nią jeździł. Była chora, chyba ze strachu...
Pan Antoni zamilkł i pił swoją kawę, łyżeczka za łyżeczką
– Pan tej sprawy nie znał? – zapytał po chwili.
Potrząsnąłem głową: – Nie. Wiem tylko, że kiedyś szpitalną sanitarką pojechaliśmy do Łodzi i potem długo, długo czekaliśmy na ojca przed szpitalem Barlickiego, a on poszedł właśnie do siostry S., bo tam leżała. Wrócił wyraźnie zadowolony i chyba poszliśmy na lody. W tym szpitalu zresztą w dwanaście lat później umarł.
– To teraz pan wie, czemu uważam pańskiego ojca za wielkiego człowieka.
– Tak.
Jeszcze trochę rozmawialiśmy, ale już nie wracaliśmy do wspomnień. Pożegnałem się szybko. Szedłem pomiędzy znanymi mi budynkami szpitalnymi, alejką wysadzaną morwowym żywopłotem, a w głowie miałem tylko jedno natrętne pytanie:
– Dlaczego on mi o tym nigdy nie opowiedział. – Dlaczego on mnie, synowi, nigdy o tym nie opowiedział. I błogosławiłem chorobę, która przywiodła mnie do Gostynina i odwiedziny u Wawrowskich.
– Dlaczego on mi o tym nigdy nie opowiedział?
Czułem się wewnętrznie rozjaśniony- jak po spowiedzi.
Andrzej Wilczkowski
|
|
Komentarzy:
3
|
|
Po wybuchu konfliktu niemiecko-sowieckiego
wtorek, 24 maj 2011, 10:56
|
W zasadzie wszystko co dotychczas napisałem o okupacji – zostało już wcześniej powiedziane przez innych autorów. Na pewno jednak inaczej porozkładałem akcenty, a przede wszystkim chyba najwyraźniej podzieliłem okupację na „dzwonka” w czasie i przestrzeni.
To akurat uważam za swój wkład, bowiem w każdym z okresów i w każdym z obszarów okupacyjnych inna była skala zagadnień i inne priorytety okupantów, Polaków, jak również naszych mniejszości narodowych.
Od lat staram się w miarę możliwości pogłębiać moją wiedzę o tamtych czasach, a dodatkowo ciągle przypominać sobie – jak może myśleć człowiek w stanie śmiertelnego zagrożenia. Walnie pomaga mi w tym fakt, że przez 40 lat ze zmiennym natężeniem uprawiałem alpinizm. Nie zmienia to postaci rzeczy, że trud dźwigania pomnika Lenina przez idących na śmierć ludzi w Jedwabnem co najmniej w dwa tygodnie po przewaleniu się frontu przez tę miejscowość i zmianę okupanta, jak bym na to nie patrzył, muszę uznać za działanie surrealistyczne. A jednak właśnie to w świetle dowodów materialnych wydaje się być niepodważalną prawdą.
Jedwabne, mimo poważnych różnic sytuacyjnych w stosunku do pogromów zwłaszcza we Lwowie i innych miastach Galicji Wschodniej (szerzej – okupacji sowieckiej po przejściu frontu), wydaje się mieć tę samą genezę.
Mam niewiele osobistych doświadczeń z tamtych terenów, ale tak się składa, że znaczna część mojej najbliższej rodziny zamieszkiwała przed wojną województwa wschodnie od Lwowa poczynając przez Wołyń, Polesie na Wilnie kończąc. W efekcie mam sporo wyrywkowych, rodzinnych informacji o sowieckiej okupacji za Bugiem. Wiem, na przykład, że bardzo bliski krewny mojego ojca – sędzia sądu powiatowego w jednym z miast na Polesiu został aresztowany w lutym 1940 roku. Wprawdzie po aresztowaniu nikt z rodziny go już nie widział, ale wiadomym jest, że został wywieziony do Nowosybirska, gdzie przesiedział dwa lata, po czym go zwolniono z wiezienia, ale po zwolnieniu przeżył jeszcze tylko kilka tygodni.
Szczegóły aresztowania znam z opowiadań ciotki – żony sędziego, która przy tym była. Ją wkrótce również wywieziono, ale nie na Syberię tylko do Archangielskoj Obłasti i nie indywidualnie tylko w wielotysięcznym transporcie.
Otóż według jej opowieści pana sędziego aresztowało trzech oficerów NKWD, mówiących po rosyjsku bardzo słabo, a między sobą używających języka żydowskiego.
Oczywiście ciotka mogła nie być dostatecznie kompetentna, żeby rozpoznać charakterystyczne oznakowania mundurów NKWD ale języków pomylić nie mogła.
Ciotce udało się przeżyć i po wojnie wrócić do Polski. I tylko dlatego mam informację jak wyglądało aresztowanie pana sędziego.
Mój wkład w wiedzę – jak zachowywali się obywatele polscy pochodzenia żydowskiego pod okupacją sowiecką jest oczywiście jedynie skromnym przyczynkiem do tego co już wiemy na ten temat, ale nie należy rezygnować nawet ze „skromnych przyczynków”.
Jest grupa rzetelnych historyków, którzy zajmowali się i zajmują tym tematem Mogę najwyżej jeszcze dodać wspomnienia mojej nie żyjącej już żony z Wilna, która wielokrotnie wspominała wręcz upojenie radością wileńskich Żydów kiedy do miasta w 1939 r. wkroczyli sowieci.
Czegokolwiek byśmy się jeszcze nie dowiedzieli o prosowieckim nastawieniu Żydów pod bolszewicką okupacją musimy pamiętać, że do końca był pewien znaczny odsetek Żydów o głęboko propolskiej orientacji, ale tych – jak łatwo się domyśleć – losy wojny potraktowały najsrożej.
Kilka razy to już podkreślałem, że na przestrzeni wieków wzajemne relacje narodów polskiego i żydowskiego bardzo się zmieniały, ale piszę coraz rzadziej (i tak Bogu dziękować, że mam jeszcze ciągle jakiś czytelników). Pisząc rzadko muszę pewne kwestie powtarzać, bo inaczej czytelnicy zupełnie zapomną o co mi chodzi.
Otóż stosunki polsko-żydowskie przed rozbiorami kiedy to rządził polski król, a przede wszystkim polska , ukraińska i litewska magnateria, (można zaryzykować twierdzenie, że całkowicie spolszczona) a Żydów cementowała wiara – były zupełnie nieporównywalne w stosunku do czasów rozbiorów, kiedy to Polacy stali się petentami we własnym kraju a zarówno Polacy jak i Żydzi mieli niejako taki sam status – poddanych trzech cesarzy. Jednocześnie w „narodzie wybranym” cement wiary zaczyna grać w tym czasie coraz słabszą rolę, stare związki plemienne czy narodowe czy nawet religijne kruszeją, przychodzą nowe związki i „antyzwiązki” dotyczące stosunku do środków produkcji, kiedy to kapitalizm przeciwstawia sobie przedstawicieli jednego narodu, no i w końcu – tuż przed odzyskaniem niepodległości zaświeciła wszystkim po oczach, a Żydom szczególności rewolucja rosyjska.
Sześć pokoleń dzieli rzeczpospolitą szlachecką od II Rzeczypospolitej. Oba narody się zmieniły, a przede wszystkim zmieniły się ich wzajemne zależności.
Mniej więcej od połowy XIX w. zaczyna się zjawisko asymilacji znaczącej ilości wspaniałych ludzi wyznania mojżeszowego, a przede wszystkim ich akces do polskiej kultury. Ci ludzie wcale nie mają łatwo. Polacy nie przyjmują ich niestety z otwartymi ramionami. A szkoda. Zresztą rozwijający się już w ostatnich latach XIX w ruch socjalistyczny nie sprzyja polsko żydowskiej integracji. Moim zdaniem jej szkodzi.
Miłość do Kraju Rad była od początku jego istnienia bardzo silna wśród Żydów na całym świecie i przeciągnęła się daleko za II wojnę (Choćby casus fizyków w Ameryce – Rosenbergowie i inni), a zaraz po rewolucji to była po prostu nowa religia ogromnego odłamu Żydów. Oni Polski nie chcieli. Ona im wręcz przeszkadzała i co byśmy dobrego nie powiedzieli o stosunkach Polaków z zasymilowanymi Żydami w II RP to nie przykryjemy dobrymi słowami faktów świadczących wręcz o nienawiści zauroczonych komunizmem Żydów do Polski. Objawia się ona serią morderstw na polskich żołnierzach i oficerach dokonywanych już od 17 września 1939 roku przez komunistyczne bojówki żydowskie. To jest w ogóle inna opowieść o innych ludziach i innych ideach, jeśli to w ogóle można nazwać ideami..
Więcej powiem. Ja jestem w stanie doskonale zrozumieć (co nie znaczy – akceptować) zaangażowanie ideowe zarówno polskiego szlachcica – Dzierżyńskiego jak i żydowskiego chłopa Lwa Trockiego (Bronsteina), jak również wszystkich tych, którzy w 1918 i 19 roku nie chcieli Polski we Lwowie czy Wilnie. Zresztą w Wilnie robili to otwarcie i nawet walczyli z Polskim wojskiem o to miasto. Gorzej mi idzie ze zrozumieniem tych, którzy już w 1920 roku mieli obywatelstwo polskie i opowiedzieli się po stronie bolszewików. Już natomiast fatalnie odbieram zachwyt Żydówek, które w 1939 roku sypały kwiatki pod nogi sowieckich żołnierzy wkraczających do Polski jak i Żydów którzy rozbrajali i rozstrzeliwali już bezbronnych polskich żołnierzy. Czasem nawet swoich rodaków wracających z wojny w mundurze.
Tak bywało i tego ex post żadne zaklęcia nie zmienią. Dziś mamy dwie drogi: albo starać się rozliczyć każde łajdactwo niezależnie przez kogo uczynione, albo wzajemnie wybaczyć sobie doznane krzywdy. Chcę zwrócić uwagę młodzieży próbującej się zajmować historią stosunków polsko-żydowskich, że na razie niewiele z tego rozumieją, a już próbują pisać opowieści.
Proszę państwa tu! to znaczy między Wartą na zachodzie a Berezyną, Prypecią i Zbruczem (albo i Wołgą) na wschodzie w tamtych latach tj w latach II wojny można się doliczyć co najmniej 10 narodów, które toczą między sobą śmiertelny bój – o wszystko. Jedne o władzę nad pozostałymi, inne o biologiczne istnienie, to znaczy o kawałek chleba, suchy kąt dospania i spokojnie przespaną noc.
Społeczność walcząca o biologiczne istnienie czasem używa metod walki, które w t. zw. normalnych warunkach są nie do zaakceptowania. Ale ci, którzy walczą tylko o hegemonię robią to jeszcze częściej.
Następny odcinek – jeśli będzie – to będzie o pomocy udzielanej – no właśnie – komu i przez kogo.
Andrzej Wilczkowski
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Koszmar zbrodni
piątek, 06 maj 2011, 16:56
|
Polskie Państwo Podziemne, które zaczęło powstawać praktycznie już w pierwszym okresie okupacji krzepło i rozwijało się powoli.
Furia okupanta nie notowana w tym stopniu w żadnym innym podbitym kraju bardzo spowalniała wysiłki elity w tej mierze, bowiem stale kogoś aresztowano, zabijano lub przymusowo przesiedlano. Trzeba się było do tego przyzwyczajać. Tymczasem pracy było mnóstwo.
Pierwszym zadaniem było zorganizowanie zbiórki broni zakopanej lub zgoła pozostawionej na polach bitew. To wymagało ogromnego wkładu pracy i możliwie największej prędkości działania. Nie mówiąc już o tym, że wymagało odwagi bowiem posiadanie broni okupanci „wycenili” na karę śmierci znacznie wcześniej niż pomoc Żydom.
Broni z odzysku okazało się zbyt mało. Wszczęto produkcję. To znowu pociągało ofiary w ludziach. Przed bramami zakładów, w których gestapo odkryło tajną produkcję broni długo wisiały ciała pracowników, których złapano na takiej działalności.
Ludzie, którzy zaangażowali się w pracę państwową nie tylko ginęli. Musieli z czegoś żyć, utrzymywać rodziny, a nigdy nie zainteresowałem się jak to było zorganizowane i skąd brano na to pieniądze. Ludzie do tej puli rządowej wkładali najczęściej swoją pracę lub czyn zbrojny, znacznie rzadziej pieniądze, bo mało kto miał je w nadmiarze.
Poza strukturami rządu i armii czy szkolnictwa – od podstawowego do wyższego – powołano w owym czasie tajne sądownictwo. Dysponowało ono praktycznie jedną i tylko jedną karą – karą śmierci, bowiem tylko ją można było w warunkach konspiracji egzekwować. Więzieniami dysponował okupant. Wsadzał kogo chciał i wypuszczał kogo chciał. Otóż sądy Państwa Podziemnego – z tego co mi wiadomo – wydały wyroków – ok. 5000 i zapewniam, że nie były to wyroki na kieszonkowców tylko na renegatów. Z tych pięciu tysięcy wykonano ok. 2.500 egzekucji. Przypuśćmy, że takich osobników, którymi sądownictwo podziemne nie zdążyło się skutecznie zainteresować było 10 razy więcej – a więc – można szacować – 50 tysięcy na ok. 25 milionów rdzennych Polaków. Przytoczony przykład świadczy o tym, że Rzeczpospolita Podziemna zdawała sobie sprawę z istnienia tego zbrodniczego marginesu i że go intensywnie zwalczała. Odróżniało nas to w sposób zasadniczy od takich państw jak Niemcy i ZSRR gdzie zbrodniarze byli u władzy i w dużej mierze od państw przez nich okupowanych gdzie nie zorganizowano tak drastycznej formy walki z przestępcami i kolaborantami. Nie zapewniało to jednak bezpieczeństwa nikomu, bowiem lasów w Polsce było ciągle dużo i zapełniały się one nie tylko wojskiem „państwowym” ale i formacjami partyjnymi, jak również zwykłymi bandytami. W Warthegau mieliśmy tego znacznie mniej, ale też było.
Co do tego, że łajdacy byli, są i będą – nikt z nas nie ma złudzeń, bowiem nawet dziś, w pół wieku po wojnie, starsi ludzie boją się wieczorami wychodzić na ulicę, pomimo, że mamy świetnie zorganizowane państwo, gdzie policjanci zarabiają lepiej niż nauczyciele, a w więzieniach siedzi powyżej 100.000 osób.
Skupmy się teraz na zbrodni jedwabieńskiej, bowiem dzisiaj przede wszystkim w tej sprawie chcę zabrać głos.
Może powinienem z tym jeszcze poczekać, ale zacząłem już dość dawno moje prywatne wyścigi z czasem, które kiedyś przyjdzie mi przegrać. Nie mam zapewne nic tak strasznie ważnego do powiedzenia, ale może jakimś autorom z powojennych roczników coś się z tego przyda.
W sprawie Jedwabnego dziś można już z całą pewnością przyjąć dwa pewniki.
Pierwszy, że jacyś Polacy brali udział w zbrodni – co było wiadome oficjalnie od pół wieku.
Drugi, że tej zbrodni nie można w żaden sposób usprawiedliwić – co stało się jasne od chwili, kiedy w dole śmierci znaleziono szczątki dzieci. Nawet jeśli pogrom w Jedwabnem potraktować jako odwet za jakąś formę kolaboracji Żydów z sowietami, to nie ma we mnie zgody na taki odwet. Żaden odwet nie dotyczy dzieci.
Co do całej reszty można dyskutować i pozwalam sobie to uczynić, jako jeden z tych, którzy widzieli wojnę i niejeden dół śmierci na własne – dziecinne – oczy. A jest nas coraz mniej i co gorsza z wiekiem stajemy się coraz mniej wiarygodni. I to przede wszystkim ośmiela łobuzów.
I teraz sprawa zasadnicza – ilu było tych „czynnych” Polaków w Jedwabnem? W moim najgłębszym przekonaniu w tym przypadku można się z całym zaufaniem opierać na wynikach śledztw przeprowadzonych w latach 1949-51. Dlaczego ja – dość konsekwentny krytyk komunistycznego systemu – tym razem chcę się zgodzić z tym, co ustalił znienawidzony przez większość społeczeństwa urząd bezpieczeństwa?
To bardzo proste. W tych latach tę tajną policję nadzorował Jakub Berman, a na bardzo wysokich stanowiskach znajdowali się tacy panowie – a raczej towarzysze (i towarzyszki) – jak Radkiewicz, Różański, Romkowski, Fejgin, Światło, Brystygierowa, i wielu, wielu innych. Ten wszechwładny aparat przemocy dysponował jak chciał takimi prokuratorami jak Zarako-Zarakowski i towarzyszka Wolańska i takimi sędziami jak tow. Michnik. Biorąc pod uwagę narodowość wszystkich wyżej wymienionych, można uznać, że istnieją przesłanki niosące ogromne prawdopodobieństwo (moim zdaniem – graniczące z pewnością), że mord w Jedwabnem został przez tych ludzi potraktowany w sposób szczególny i zbrodniarzy wyciśnięto z całej okolicy „do krwi ostatniej”. A wyciśnięto ich w czasie procesów (a nie procesu) – o ile mi wiadomo – dwadzieścia jeden osób. Z tego jeszcze kilku wypuszczono po śledztwie. Dołóżmy drugie tyle jakiś mieszkańców pobliskich wiosek, którzy przyjechali do miasteczka, zabili, zrabowali, znikli i nikt się wówczas o nich nie dowiedział. No to razem niech będzie czterdziestu. (Taką liczbę podaje również IPN.)
Z drugiej strony ofiar miało być 1600. Tej liczby sobie pan Gross własnymi siłami intelektualnymi nie wymyślił. Taką liczbę podano na pierwotnym pomniku, a więc taka musiała funkcjonować w czyjejś pamięci – już wówczas, w czasie procesów. Ktoś ją podał, ktoś uznał za prawdopodobną. A pan Gross ją zaakceptował, i nigdy się z niej nie wycofał.
Przypomnijmy szczegóły zdarzeń. To nie było tak, że czterdziestu morderców i podpalaczy – wcześniej zorganizowanych w oddział i przeszkolonych – uzbrojonych w kłonice widły, kije, motyki czy kosy otaczało dom po domu i niczego się nie spodziewających ludzi mordowało na miejscu, po czym atakowało następne obejście. Otóż nie.
Z tego, co wiemy, zbrodniarze nie byli wcześniej zorganizowani w jeden wspólny oddział pod konkretnym dowództwem, do którego mieli od dawna zaufanie. Nie było żadnych wspólnych manewrów, czy zgoła zorganizowanych akcji bojowych.
Wypadki w Jedwabnem rozegrały się w 18 dni po przejściu frontu, a więc i zmianie okupanta z sowieckiego na niemieckiego, w strefie ciągle jeszcze będącej pod jurysdykcją Wehrmachtu. „Dystrykt Białystok” – który nie został włączony do GG tylko do Prus Wschodnich - powstał dopiero w 10 dni później. Pogrom ten czasowo wpisywał się w liczbę ok. 60 innych, które odbywały się na całym obszarze dotychczasowej okupacji sowieckiej, który w ostatnich dwóch tygodniach zmieniał okupanta. Najintensywniejsze rzezie odbywały się zresztą w Galicji wschodniej, która nie wróciła już w granice Polski.
Pogrom jedwabieński miał z pewnością swoją specyfikę. Na przykład, ofiary od co najmniej 48 godzin wiedziały, że w sąsiednich osadach doszło do pogromów, w których trup słał się gęsto i miały czas się przygotować i zorganizować.
Ofiary miały pod ręką dokładnie taką samą broń jak bandyci. Wśród ofiar liczbę osób rodzaju męskiego, które były na tyle sprawne fizycznie, że mogły sięgnąć po tę broń można oceniać na około 35-40 procent całej populacji – czyli na około 600. Ci ludzie nie byli zabijani kolejno i skrycie. Oni – według wszelkich znanych wersji – zostali spędzeni na rynek. Na tym rynku były momenty, że drogę ucieczki kilku setkom ludzi zagradzało kilku facetów z kłonicą czy kijem. Nigdy nie byłem w Jedwabnem, ale znam dostatecznie dużo polskich miasteczek z tamtych czasów, żeby wiedzieć, że z rynku – poza ośmioma ulicami odchodzącymi z czterech rogów musiało być co najmniej dziesięć innych możliwości opuszczenia placu między domami i przez podwórka. Tymczasem mordercy dwoili się i troili. W pewnym momencie weszli w tłum i zmusili ofiary do zdemontowania pomnika Lenina i wzięcia go na ramiona. Potem wszyscy ruszyli w kierunku stodoły, chyba w głębokim przekonaniu, że powtarza się sytuacja z poprzednich pogromów w innych miasteczkach – czyli, że idą na śmierć. Proszę państwa! Nikt, kto pamięta wojnę nie uwierzy w taki scenariusz. On był po prostu niemożliwy psychologicznie. Tych sześciuset sprawnych mężczyzn w drodze do stodoły gołymi rękami rozerwałoby na strzępy swoich oprawców. Toż to było piętnastu na jednego! A ręce musieli mieć wolne, bowiem nikt związanymi rękami nie zdemontuje pomnika i nie przeniesie go z półtora kilometra dalej.
Był w owym czasie wojny totalnej jeden tylko element, który paraliżował ludzką wolę niczym grzechotnik swoją ofiarę i czynił ludzi uległymi. Tym elementem był otwór lufy. Dziś, mimo że bandyci coraz częściej grożą bronią, nikt nie wierzy, że ktoś odważy się naprawdę pociągnąć za spust. Wówczas to był pewnik. Po to wyciągano broń, żeby zabijać. A i tak tych otworów na 1600 ofiar musiała być odpowiednia liczba. To nie był jeden, ani dwa. Enkawudyści potrzebowali siedmiu nocy, żeby zabić 1600 polskich oficerów, którzy byli związani i unieruchomieni.
I dlatego najbardziej podejrzliwa i cyniczna tajna policja świata – czyli policja komunistyczna, nie mogłaby w latach czterdziestych wymyślić takiego scenariusza przebiegu zdarzeń. I dlatego na obalonym dziś kamieniu napisano o zbrodni niemieckiej.
W tamtym czasie nie zafunkcjonowała by wersja pana Grossa, bo by ją ludzie wyśmieli. Na taką wersję trzeba było czekać z górą pół wieku i to wieku, w którym w telewizji wszystko jest możliwe, a na ekranie jeden zbrodniarz czy bohater daje sobie radę z całymi dywizjami.
Ale wyobraźmy sobie, że jeszcze dziś jakiś Polak – żądny mołojeckiej sławy – opowiada o swojej młodości i wydarzeniach na Wołyniu. „Przyszedł Franek i powiedział, że trzeba dać wycisk tym Ukraińcom. Zebrało się nas chyba ze dwudziestu, wzięliśmy do ręki kije i poszliśmy do wsi zamieszkałej przez rezunów. Wszystkich powyciągaliśmy z chałup i spędziliśmy na rynek, a było ich pewnie z tysiąc albo więcej...” Już w tym momencie przerwano by mu opowieść, bo nikt nie lubi słuchać jawnych kłamstw. A Grossowi wierzą poważni ludzie. Czy dlatego, że to byli Żydzi a nie Ukraińcy?
Zwróćmy uwagę, że wg pana Grossa praktycznie zamordowano 1600 osób w ciągu kilku minut przy pomocy kilkudziesięciu nieuzbrojonych ludzi i paczki zapałek. Wynika z tego, że od naszych mętów społecznych NKWD powinna pobierać nauki.
Jeszcze rozumiem, że w Stanach Zjednoczonych takie czy inne środowiska żydowskie z takich czy innych powodów dają wiarę książce pana Grossa osnutej na kanwie wydarzeń w Jedwabnem. Oni nie wiele wiedzieli o szczegółach zagłady swoich współbraci pod niemiecką okupacją i nie chcieli wiedzieć. Teraz wierzą we wszystko. W Izraelu sytuacja powinna być jednak zupełnie inna. Tam młodzi ludzie śpią z bronią przy posłaniu, (a na pewno tak było w latach 60) żeby bronić swoich matek, żon czy dzieci przed obcą agresją i w każdej chwili są gotowi do odparcia ataku nawet znacznie silniejszego nieprzyjaciela. Dla nich sytuacja, kiedy piętnastu – nawet zupełnie nieuzbrojonych – mężczyzn nie potrafi dać rady jednemu uzbrojonemu w kij jest chyba zupełnie niewyobrażalna. Tak jak niewyobrażalną jest dla mnie. W Izraelu panu Grossowi powinien zostać wytoczony proces o zniesławianie Narodu Żydowskiego.
Instytut Pamięci Narodowej niejako przerwał swoje śledztwo nie mogąc dokończyć ekshumacji.
Spróbuję jednak przedstawić swoje wnioski.
. A więc moim zdaniem:
• – Mord w Jedwabnem był bezsprzecznie wielką zbrodnią – niezależnie od ilości ofiar.
• – W tym morderstwie musieli brać udział jacyś Polacy w liczbie ok. 40 osób.
• – W tym morderstwie musieli brać udział dobrze uzbrojeni Niemcy w znaczącej liczbie, wystarczającej do ewentualnego zabicia wszystkich uczestników zajść. (Przypuszczam, że gdyby po drodze wywiązała się bitwa pomiędzy Polakami i Żydami niemieccy żandarmi po prostu otworzyli by ogień do tłumu.)
• Trzeba pamiętać, że w kilka dni po Jedwabnem w Palmirach Niemcy dokonali kolejnej już egzekucji Polaków w tych lasach. Tylko ofiary egzekucji palmirskich miały z reguły wiązane ręce i zawiązywane oczy. Niemieckie Sonderkommanda znały swoją robotę.
• – Morderstwo w Jedwabnem zostało prawidłowo rozliczone w procesach z lat czterdziestych.
- (Ci, którzy uważają, że wówczas Peerelowskie organa ścigania lekceważąco potraktowały tę zbrodnię, powinni kierować pretensję do Jakuba Bermana i jego współpracowników. Oni mieli zarówno motywację, jak i wszelkie warunki, aby oprawców już pół wieku temu wygnieść jak pluskwy.)
- – Pan Gross pisząc swoją książkę zignorował wszystkie kanony warsztatu, obowiązujące w pracach naukowych.
I na koniec. Osmalony pomnik tow. Lenina – jak mnie zapewniają pracownicy IPNu – leży ciągle w dole przy zgliszczach stodoły w Jedwabnem.
Pozostanie dla mnie na zawsze tajemnicą dlaczego idący na śmierć ludzie podjęli trud niesienia na miejsce kaźni statuy bożka komunizmu.
Andrzej Wilczkowski
|
|
Komentarzy:
1
|
|